21 grudnia 2013

Rozdział jedenasty.

-Mogę o coś spytać, pani tyran?-rzekł George, który siedział na ziemi wraz z Fredem. Byli związani niewidzialnymi liniami, które bardzo wżynały się w ciało. W niektórych miejscach mieli już rozszarpany naskórek.
-Proszę.-rzekła z gracją kobieta.
-Skąd nazwisko Riddle?
-Och, mój drogi. Zapewne domyślasz się, z kim jestem spokrewniona. Niestety, dopóki nie jestem pewna waszej śmierci nie mogę wam powiedzieć co łączy mnie z Voldemortem.-odpowiedziała z powagą. Trzeba jej przyznać, że zachowywała się jak prawdziwa dama. Wysławiając się, czy chociażby chodząc, biło od niej arystokratyzmem.
Miała długie, czarne włosy i soczyście zielone oczy. Pomimo wieku, miała w sobie coś, co przyciągało do niej wzrok. Zmarszczki dodawały jej powagi i w pewnym sensie dopełniały urody. Czarne obramówki oczu i krwistoczerwone usta sprawiały, że stawała się niesamowicie atrakcyjna kobietą. Zapewne wielu mężczyzn było w stanie ulec jej pod wpływem samego, bardzo niskiego, altowego głosu.
Nagle bliźniacy usłyszeli szelest liści i łamanie gałęzi. W ich polu widzenia pojawiał się bowiem wysoki, przystojny mężczyzna, który poruszał się z taką samą gracją jak Elizabeth. Podszedł do ich prześladowczyni i wpił się w jej pełne usta. Kosmyki jego blond włosów spadły mu na twarz, gdy złapał swoją żonę w talii i przyciągnął do siebie w geście pożądania. Stali tak przez chwile, mocno się obejmując.
W bliźniakach ta scena wzbudziła obrzydzenie. Mieli jednak chwilę, by wyciągnąć różdżki z kieszeni spodni. Niestety para przestała się całować, więc niecne plany Freda i George'a nie przyniosły widocznych skutków.
-Brakowało mi Cię kochanie. Co u naszej córeczki?-zapytał głębokim basem mężczyzna.
-Póki co uciekła. Zostawiła przyjaciół.-rzekła wskazując głową rudzielców.-Prędzej czy później po nich wróci.
-Mhm. Jest przecież tak obrzydliwie przepełniona dobrem. Nie mam pojęcia skąd jej się to wzięło.-powiedział obejmując Elizabeth ramieniem.-Nienawidzę w niej tego.
Blondyn coraz bardziej przenikliwie patrzył w oczy George'a, który nie spuścił wzroku. Uznałby to za osobistą przegraną. Cholera, jakie on ma złowrogie rysy twarzy. A jeszcze gorsze spojrzenie.-myślał Weasley.
-Nienawidzę. Wstrętny bahor.-powtórzył blondyn natarczywie. Miał już dość przyglądania się brązowym, a jednocześnie tak wesołym oczom. Bo z czego ten chłopak się cieszył? W końcu w każdej chwili może umrzeć! Co miała oznaczać radość w jego oczach?
Mężczyzna coraz bardziej denerwował się. Miał dość tych czarodziejów, którzy siedzieli przed nim i nie uronili ani jednej zły. Ani nawet nie okazywali strachu. Emocje przepełniły czarę. Blondyn wyciągnął różdżkę i wycelował w siedzącego przodem do niego chłopca Cruciatusem.
-Przestań. Póki siedzą grzecznie nie mam zamiaru słuchać ich jęków.-rzekła kobieta z nutką irytacji w głosie. Mężczyzna jednak nie przestawał.-Powiedziałam chyba, że nie chcę tego słuchać! Nie dosłyszałeś?-krzyknęła.-Och Chris, doprowadzasz mnie do szaleństwa.-uśmiechnęła się delikatnie, gdy jej mąż cofnął zaklęcie. Delikatnie musnęła jego policzek, pozostawiając czerwony ślad.

-Co robimy? Jak możemy ich znaleźć?-zapytał zirytowanym głosem Harry.
-Nie wiem... O matko, tak się o nich boję. Poczekajcie... Jakieś zaklęcie musi nam pomóc. Ale jakie?-rzekła szatynka.-No jakie, jakie?
-Coś było, że takie zaklęcie co wskazuje drogę do osób, które są dla ciebie ważne, czy coś...-mamrotał rudzielec.
-Itineris!-krzyknęła szatynka nakreślając kompas różdżką, która po chwili zaczęła ciągnąć rękę dziewczyny. Jakby była magnesem zbliżającym się, w tym wypadku, do George'a.-Co zrobimy jak już tam dojdziemy?
-Nie wiem, nie mam pojęcia jak wygląda sytuacja. Hm... Atakujemy ją od razu, czy co? Nie mam pojęcia.-rzekł Potter.-Mam wrażenie, że to się okaże na miejscu.
Podczas marszu, co chwilę nerwowo zerkali jeden na drugiego. Bali się, najzwyczajniej w świecie. Pomimo tego, ze nie raz narażali już swoje życie, przez głowę przechodziło im wiele pesymistycznych myśli. Może nie bali się dzisiejszego starcia, a bali się faktu, że dopóki rodzice Noele nie zostaną zamknięci w Azkabanie, dopóty dziewczynka nie będzie miała normalnego życia.
-Patrzcie, to oni!-szepnął nagle rudzielec.-Tam! Widzicie?
-Tak. Widzę ich... Co to za facet? On ją obejmuje. Czyżby to był ojciec Noele?-zapytała Hermiona.
-Na to wygląda.-odpowiedział Harry.-Nie widzę sensu w czekaniu tutaj. Co możemy zrobić jeśli nie, po prostu, zaatakować?
-Chyba nic... Więc tak. Ja zaczynam, użyję zaklęcia oślepiającego. Następnie ty Harry traktujesz ich sectumsemprą. Ron, ty odwiązujesz chłopaków. Dobrze?
-Dobra. Zrobi się.-odpowiedzieli obydwaj zbliżając się cicho ku celu. Czas, w którym podchodzili, starając się pozostać niezauważeni dłużył im się niesamowicie. Sekundy zamieniały się w minuty, a minuty w godziny. Zdawali sobie sprawę, że każdy szelest liści może zaowocować natychmiastowym atakiem wrogów.
-Conjunctivis!-wrzasnęła Hermiona oślepiając przeciwników. Cała trójka natychmiast przystąpiła do powierzonych im czynności. Podczas gdy Hermiona z Harrym cały czas próbowali uniemożliwić atak Chrisowi i Elizbeth, Fred i George byli już wolni.
Wszyscy rzucili się do ucieczki, a szatynka ostatni raz potraktowała małżeństwo zaklęciem oślepiającym. Niestety szybko się otrząsnęli i ruszyli w pogoń za uciekinierami. Byli bardzo szybcy, choć osłabieni przez rzucane na nich czary. Piątka przyjaciół chcąc, nie chcąc rozdzieliła się.
Hermiona cały czas podążała za Georgem, który trzymał ją za rękę, by ta nie zniknęła mu przypadkiem z pola widzenia. W pewnym momencie nie słyszeli już za sobą prześladowców, więc truchtając jeszcze kawałek usiedli przy drzewie, by ustabilizować oddech.
-Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak się o ciebie martwiłam.-rzekła szatynka ciężko oddychając.
-Ja się o ciebie nie martwiłem, wiedziałem, że nie dasz nic sobie zrobić.-uśmiechnął się zawadiacko rudzielec.
-Jak w takiej sytuacji możesz być uśmiechnięty?-zapytała.-Uwielbiam cię.-uśmiechnęła się łapiąc go za rękę. Przysunęła się do chłopaka, a ten objął ją ramieniem. Od razu zauważyła, że na żebrach ma rany od niewidzialnych lin. Odsunęła się natychmiastowo i użyła zaklęcia uzdrawiającego, które choć trochę miało uśmierzyć ból.
-Chodźmy.-rzekła podając George'owi rękę.
-Oczywiście.-powiedział. Stojąc nad dziewczyną przewyższał ją o głowę. Razem z bratem byli, ogólnie rzecz biorąc, jednymi z najwyższych osób w roczniku. Spojrzał w czekoladowe oczy towarzyszki i poczuł, że to ten moment. Poczuł, że po prostu nie chce już dłużej zwlekać.
Pocałował delikatnie szatynkę bojąc się, że nie odwzajemni jego uczuć. Ta jednak kontynuowała, wręcz przylegając bliżej do rudzielca. Przytuliła się do niego. Chciała mieć go blisko. Dzięki niemu czuła się bezpieczniej i dużo spokojniej. W momencie, w którym miała go przy sobie wiedziała, że jest naprawdę szczęśliwa. Cóż za ironia, pomyślała, jestem najszczęśliwszą osobą w momencie w którym uciekam przed śmierciożercami chcącymi mnie zabić.

***
Z rozdziału nie jestem zadowolona. Mam bardzo duże problemy z napisaniem czegokolwiek wartego napisania i przepraszam, że zabieram Wasz czas. Mam jednak nadzieję, że wrócę do ,,wprawy'' i w niedługim czasie będę zadowolona z tego, czym Was męczę. Za wszelkie komentarze byłabym naprawdę wdzięczna. Proszę Was o rady, co zrobić, gdyż ciężko mi samej zacząć od nowa. Szukam również bety. Jest ktoś kto mógłby mi pomóc?


14 listopada 2013

Rozdział dziesiąty.

-Witajcie moi drodzy. Miło, że przyszliście, ale to wasza ostatnia szansa na odejście.-rzekła kobieta która wyłoniła się z otaczającego ich mroku.
-A dziękujemy bardzo, chyba zostaniemy.-uśmiechnął się Fred.-Przygotowałaś przekąski? Jak już szaleć to szaleć.
-Czy jesteśmy znajomymi? Nie masz prawa tak się do mnie zwracać młodzieńcze! Jestem Elizabeth Mary Constantine Riddle.
-Łołoło. Dłużej się nie dało? Dziwne, że córce dałaś jedno imię.-rzekł George.
-Dość! Nie jesteśmy w koleżeńskich stosunkach!-krzyknęła zirytowana kobieta po czym wycelowała różdżkę w rudzielca.-Jeszcze jedno słowo i poczujesz na własnej skórze czym jest zaklęcie niewybaczalne.
-O cholera! Patrzcie ją! Jaka groźna.-odparł Fred, po czym upadł na ziemię i zwinął się w kulkę.
-Crucio.-szepnęła tylko Elizabeth. George natychmiast uklęknął przy bracie lecz nie wiedział co zrobić. Rudzielec miał problemy z oddychaniem i cały czas jęczał. Nikt oprócz Noele nie wiedział, jak wielki ból towarzyszy temu zaklęciu. Nie wiedzieli, że jedyną rzeczą o której myślisz to śmierć. Że chcesz po prostu ukrócić ból porównywalny do krojenia ciała czy zdzierania skóry. Pierwszy raz jest najgorszy. Umysł jest postawiony w nieznanej dotąd sytuacji. Z czasem, jeśli masz bardzo silną wolę potrafisz ograniczyć chociażby myśl o tym, że jedynym wybawieniem jest śmierć. Niestety nikt nie jest na tyle silny, by mógł długo znosić to zaklęcie. Noele udawało się zachować swój poprawnie działający umysł tylko dlatego, że była torturowana tym zaklęciem często, ale nie na tyle długo, by wyrządzić trwałe uszkodzenia, jak w przypadku rodziców Nevila.
-Czego ty właściwie chcesz?-zapytał Harry starając się zachować spokojny ton głosu. Tak naprawdę cały czas spoglądał w stronę Freda. Bał się bowiem, że zaklęcie będzie na nim stosowane zbyt długo. Targały nim bardzo różne, bardzo negatywne emocje.
-Życia mojej córki. I może jeszcze tych rudych bliźniaków.
-Ich na pewno nie dostaniesz...-wyszeptała Noele, która nadal leżała na ziemi i pomimo tego, że próbowała się podnieść, ciało odmawiało jej posłuszeństwa.
-Och, siedź cicho.-powiedziała jej matka po czym kopnęła piasek tak, że uderzył w twarz dziewczyny. Nie było to czymś, co mogło zaboleć. Miało na celu bardziej pokazanie, jakim bezużytecznym stworzeniem jest ośmiolatka. Dla Harry'ego było tego już zbyt wiele. Wyciągnął różdżkę i celując ją w kobietę krzyknął:
-Sectumsempra!-kobieta uklękła, lecz po chwili zaczęła przezwyciężać ból, aż w końcu całkowicie go zwalczyła. Skutkiem ubocznym było to, że przestała panować nad zaklęciem, którym wycelowała w Freda, więc chłopak otrząsnął się.
-O matko George. To ból nieporównywalny do czyszczenia naszego pokoju.-szepnął.
-Aż tak?-zapytał z uśmiechem, lecz zdenerwowana kobieta nie pozwoliła na kontynuowanie dialogu.
-Irytujecie mnie, strasznie!-krzyknęła po czym ugodziła Hermionę, Rona i Harry'ego sectumsemprą. Nie wiedzieć czemu, pominęła bliźniaków.
George wykorzystał sytuację i w mgnieniu oka odpłacił się tym samym zaklęciem.
-Cholera, mogłem się uczyć pilniej na OPCM. Hm... Co by tutaj. Conjunctivis!-krzyknął, po czym Elizabeth, choć na chwilę, została oślepiona. Gdy ta trzymała się za głowę, rudzielec podbiegł do Noele, po czym zaniósł ją do pozostałych pięciu osób.-Hermiona! Ocknij się!-mówił, szarpiąc koleżankę.-Jak to było z tym zaklęciem obronnym, z tarczą?!
-Pro..Protego.. To...
-Protego Totalum!-krzyknął ponownie przypominając sobie nazwę, po czym zaczął tworzyć półkole wokół siebie i towarzyszy.-Jestem mistrzem.-zaśmiał się, podczas gdy Elizabeth całkowicie odzyskała wzrok. Harry, Ron i Hermiona również dochodzili powoli do siebie.
-George, użyj zaklęcia Episkey.-szepnęła nadal słaba, lecz silniejsza niż  jeszcze parę minut temu Noele.
-Hm, okej.-rzekł, po czym zaczął traktować nim każdego, nie pomijając ośmiolatki. Wszyscy poczuli się dużo lepiej, choć do pełni zdrowia było im jeszcze daleko. Co ważne, byli na tyle silni, że dali radę wstać i bez większych problemów utrzymać się na nogach.
-Wiesz, że ona zaraz przełamie naszą barierę?-zapytał Harry.
-Sugerujesz, że jestem słabym czarodziejem!?-żąchnął się rudzielec.
-Nie, ona jest za dobrym, jeżeli chodzi o czarną magię.
-Och, dziękuję.-powiedziała Elizabeth stojąc najbliżej jak mogła.-Zaraz zjawią się moi przyjaciele. Noele, jeżeli chcesz, żeby przeżyli chociaż twoi towarzysze, to zniszcz tę barierę.
-Nie rób tego, uda nam się uciec.-zaprzeczyła Hermiona.
-Dobrze wiesz, że mi się nie da uciec. Zrób to, a daruję im życie.
-Nie.-włączyła się Ginny.-Damy radę!
-Nie dacie... Ja też myślałam, że dam. Przepraszam, ale najlepszym wyjściem będzie zniszczenie bariery. A wy uciekajcie, proszę. Ja muszę zostać.-powiedziała, wyciągając różdżkę z kieszeni.
-Noele, wiesz, że to nie jest dobre wyjście.-odezwała się Hermiona.
-Niestety... Najlepsze.-odpowiedziała, po czym zniszczyła barierę.
-Conjuctivis!-krzyknął Fred, gdy zaklęcie obronne przestało działać.-W nogi!-dopowiedział. Wszyscy rzucili się do ucieczki. Harry złapał ośmiolatkę i choć ta na początku opierała się, zaczęła biec z nimi. Nie odbiegli daleko, lecz u każdego adrenalina skoczyła tak bardzo, że tempo w jakim uciekali było niesamowicie szybkie. Każdemu przez głowę zdążyło przejść jednak milion czarnych scenariuszy. Słyszeli kruki latające nad ich głowami, jak gdyby przepowiadały im niepowodzenie.
Po paru minutach nieustającego biegu stanęli, niesamowicie zmęczeni.
-Gdzie Fred i George? Byli z tyłu!-zapytała przerażona Hermiona.
-Nie, nie, nie, nie! Mówiłam, że macie uciekać! Wiedziałam, że coś takiego się wydarzy! Wiedziałam! Mówiłam! Przepraszam, że się pojawiłam, przepraszam!-zaczęła krzyczeć Noele, która ewidentnie wpadła w histerię.
-Przestań! To nie twoja wina.-powiedziała Ginny przytulając ją.
-Mogłam się nie pojawiać i gnić w moim wspaniałym domu, zamiast narażać Was na niebezpieczeństwo!-rozpaczała.
-To nieprawda.-zaprzeczyła Ginevra.
-Mogłaś.-rozległo się po lesie.
-Spadajmy stąd. Dziś jesteśmy zbyt słabi, by ich uratować.-poprosiła Hermiona.-Poprosimy Dumbledore'a o pomoc.
-Nie! Potem może być za późno.-rzekł Harry rzucając się w pogoń za głosem, który jeszcze niedawno odezwał się gdzieś w lesie.
-Ginny, idź z małą do Hogsmeade. Masz niewitkę Harry'ego.-powiedział Ron.
-Nie, ja chcę iść z Wami!-zaprotestowała ośmiolatka. Niestety ruda nie pozwoliła jej się uwolnić, założyła na nie pelerynę, po czym zaczęła kierować się w stronę miasta.

***
Rozdział bardzo późno, po bardzo długiej nieobecności, ale w końcu jest. Dzisiaj usiadłam i go w końcu napisałam. Mam nadzieję, że teraz pójdzie mi już łatwiej i niedługo zobaczycie kolejny. No i że ktoś tu jest. A ja muszę wrócić do regularnego czytania fanfików które obserwuję. Ale dajcie mi czas do 29 listopada, gdyż do tego czasu będę się uczyć na konkurs kuratoryjny z biologii. 



27 sierpnia 2013

Wyjec drugi.

Zaczynam od nowa, tak to właściwie można nazwać. Póki co poprawiam błędy, gdyż trochę czasu minęło od napisania pierwszego rozdziału i to, czego wtedy nie zauważałam, teraz już widzę.
Dwa pierwsze rozdziały z grubsza przejrzałam i jest tam naprawdę mniej błędów interpunkcyjnych oraz ortograficznych. Cud, miód i malina to to nie jest i nie będzie. Nie jestem jakimś turbo humanem. Jaki nauczyciel, takie umiejętności. Właściwie, przecinki wstawiam na tak zwanego ,,czuja'', a jedynie czasami kieruję się regułkami. Do tego sama czytam o tym gdzie, co wstawiać, ponieważ z lekcji dużo nie wynoszę. Wiem, że nieprzyjemnie czyta się nawet ciekawe opowiadanie, jeśli jest ,,brzydkie''. Dlatego staram się jak mogę. Chyba, że miałby ktoś ochotę zostać moją betą, byłabym baaardzo wdzięczna. Niedługo poprawię resztę, a w międzyczasie będę pisać rozdział dziesiąty.
Pewnie nikogo już tu nie ma, ale, jako że w końcu nachodzi mnie wena, zapewne Wam się przypomnę. O ile jej znowu nie stracę. :)

03 kwietnia 2013

Rozdział 9 i ¾

-Mam już dosyć, początek roku, no... Może nie taki początek, ale i tak wcześnie, a ja już mam dość! Głupie SUMy.- narzekał Harry.
-Nie bądź taki zły. Są w życiu gorsze rzeczy niż egzaminy.- powiedziała Noele, delikatnie się uśmiechając. Od pewnego czasu była jednak smutna, jakby ją coś trapiło. Chyba każdy to zauważył, choć dziewczynka starała się tego nie okazywać. Nikt jednak nie wiedział, co jest powodem tego przygnębienia. Zawsze gdy pytali, ona uśmiechała się i mówiła 'nic', udając, że wszystko jest dobrze. Tak naprawdę ośmiolatce co noc śnili się rodzice i nie umiała już sobie z tym poradzić. Wiedziała, że niedługo stanie się coś strasznego.
-Wiem, wiem. Na dodatek za trzy dni jest spotkanie Gwardii... Właśnie! Kolejny problem. Głupia małpa Umbridge. Jej, jak ja jej nie cierpię.
-Nie tylko ty. A co do SUMów, ja na twoim miejscu wzięłabym się do roboty, zamiast narzekać. Masz rację, pracy dużo, ale u ciebie również chęci brak!- skarciła kolegę Hermiona, która pojawiła się wraz z bliźniakami.
-Daj spokój. Pamiętam te czasy... Piękny, młody. Teraz już piękny, młody, dojrzały, wspaniały, z nutką szaleństwa, przystojniak jakich mało...
-Tak, na pewno.-przerwała George'owi Gryfonka.
-Wątpisz? Ja bym na twoim miejscu był milszy, albo nie zapominałbym bluzy.- uśmiechnął się rudzielec. - Ale wracając! Umbridge to głupia zołza, ma prawo na nią psioczyć. A co do SUMów, też racja. Niezły zapierdziel. Owutemów chyba nie przeżyję.
-Bo jesteś leniem, o.
-Hermiono, uważaj co mówisz na mojego brata.- powiedział Fred, poważny jak nigdy.
-Bo co mi zrobisz?- uśmiechnęła się dziewczyna.
-Muchę!- krzyknął, po czym strzelił koleżance palcami w tył głowy.
-To boli...
-Bo ma.

Gdy tylko Noele weszła do pokoju wspólnego Gryffindoru, od razu rzucił jej się w oczy pergamin przyczepiony do tablicy ogłoszeń.
OGŁOSZENIE!
Dnia 26.11 br. odbędzie się wycieczka do Hogsmeade. Wszyscy uczniowie z piątego, szóstego i siódmego roku, mogą jechać jeżeli tylko mają ochotę, lecz rok trzeci i czwarty musi dostarczyć opiekunowi swojego domu zgodę rodzica. Potrwa ona od 10.00 do 22.00.
Miłej zabawy,
Dyrekcja.
-Ale super! Będzie świetnie!-krzyczała uradowana dziewczynka. Uwiesiła się Ginny na ramionach i obydwie zaczęła chichotać.
-Jasne. Będzie fajnie, zabierzemy cię na kremowe piwo młoda.- powiedział Fred.
-A tymczasem moglibyśmy wziąć się do roboty! SUMy niedługo, więc do prac domowych!-rzekła Hermiona upartym i motywującym głosem.
-Nudziara.-szepnął George.
-Phi! Wcale nie.-odburknęła.
-Jesteście śmieszni jak tak się przekomarzacie. Jak dzieci z piaskownicy, albo stare małżeństwo.-powiedziała Noele, a Hermiona zarumieniła się. Oczywiście schowała głowę w burzę swoich włosów.
-Idę sobie od was!-rzekła Gyrfonka, po czym usiadła przy biurku i wyjęła zwoje pergaminów.
-Łohohoho, tak daleko żeś odeszła moja droga.-zaśmiał się Harry, siedzący na kanapie pięć metrów od niej.
Po chwili wybraniec, Ron, oraz Ginny zabrali się do lekcji, tak jak uczyniła ich przyjaciółka. Fred i George natomiast wygłupiali się, jak to mieli w zwyczaju, zabawiając tym samym ośmiolatkę.
-Chodź na dwór młoda, to pokażemy ci ciekawe zaklęcie, którego nauczył nas Harry.-powiedzieli bliźniacy.
Jak rzekli tak zrobili. Dziewczynka siedziała na błoniach przed szkołą obserwując rudzielców. Robili mini pojedynki, rzucając zaklęciami oszałamiającymi i śmiejąc się z siebie nawzajem. Po krótkim czasie stwierdzili jednak, że potrenują Expecto Patronum.
-Spójrz jakiego mam wspaniałego patronusa!-krzyknął Fred, a z końca jego różdżki zaczęła wyłaniać się biało-niebieska mgła, która uformowała się w hienę.
-Łał!-wrzasnęła dziewczynka.
-Pffff... I czym ty się chwalisz, mój drogi? Patrz i ucz się.- powiedział George, po czym w okół niego zaczął biegać kojot. Chłopak chwilę zachwycał się swoim dementorowym obrońcą, gdy ten nagle zaczął przyjmować postać wydry. Szybko skończył czarować, mając nadzieję, że Fred tego nie zauważył.
No tak, patronusy zmieniają się, przyjmując postać patronusa osoby, o której często myślisz*- przypomniał sobie w głowie.
Po dwóch godzinach dołączyła do nich Hermiona. Nie mieli dużo czasu, ponieważ było już ciemno, a Noele musiała być w chatce Hagrida niedługo po zachodzie słońca. Szczególnie teraz gdy Dumbledore wyjechał i nie było już przy dziewczynce osoby, która na pewno obroniłaby ją przed szalonymi rodzicami.
-Odprowadzimy cię już.- rzekli Gryfoni.
Gdy byli pod chatką pożegnali się z gajowym i młodszą koleżanką, po czym zapowiedzieli, że wpadną pojutrze na herbatkę. Jutro natomiast o dziewiątej przyjdą po ośmiolatkę, bo w końcu jest wypad do Hogsmeade. Dziewczynka bardzo się ucieszyła, przytuliła ich jeszcze na pożegnanie i położyła się razem z Kłem na kanapie.
-Bywajcie.- rzekł olbrzym.-I następnym razem przyprowadźcie ze sobą Harry'ego i Rona. Lenie, nie odwiedzili mnie z tydzień jak nic.
-Dobrze. Cześć.-uśmiechnęła się Hermiona.
Gdy szli już w kierunku zamku gryfonka założyła na siebie bluzę.
-O proszę, proszę. Ktoś tu chyba nie zapomniał nakrycia.-powiedział George.
-A owszem. Nie będę już nazywana ciapą!-zaśmiała się.
-Będziesz, mała ciapo.- szturchnął ją rudzielec.
-Duża ciapa się odezwała.- skwitował Fred.

Nazajutrz przyszli po dziewczynkę w szóstkę. Bliźniacy, Harry, Ron, Ginny, oraz Hermiona. Ośmiolatka była bardzo wesoła, był to bowiem jej pierwszy 'zabawowy' wypad do Hogsmeade, czy w ogóle jakikolwiek pierwszy zabawowy wypad gdziekolwiek.
Najpierw poszli do Trzech Mioteł, gdzie śmiali się, pili kremowe piwo i obserwowali innych czarodziejów, którzy niekiedy wyglądali i zachowywali się komicznie.
Następnie udali się do sklepu Zonka, czyli ulubionego budynku bliźniaków. Powybierali tam parę gadżetów, które mogą im się przydać, lub zainspirować do tworzenia nowych wyrobów. Kupili również parę łajnobomb, na których robienie nie chcieli tracić czasu.
Poszli jeszcze do Miodowego Królestwa, gdzie złożyli się na cukierki dla Noele, które sobie powybierała. Dziewczynka wyszła ze sklepu z pełną torebeczką i wielkim uśmiechem na twarzy. Reszta natomiast łakociami miała wyładowane tylko kieszenie.
-Chodźmy do Wrzeszczącej Chaty!-krzyknęła ośmiolatka.
-Dobrze, ale masz się trzymać blisko nas.-rzekł Harry.
-Oczywiście.
-No i oczy wiszą.**- zażartował George, jednak nikt oprócz Freda się nie zaśmiał.-Sztywniaki z was!
Ruszyli więc w kierunku starego domu. Gdy wychodzili z lasu, a Wrzeszcząca Chata była na wyciągnięcie ręki Noele krzyknęła przeraźliwie głośno.
-Zobaczcie, królik!- po czym pobiegła za stworzonkiem ponownie kierując się w gąszcz drzew.
-Miała się nas trzymać.-powiedziała Hermiona, udając się za dziewczynką.- Gdzie Ty jesteś?
Jednakże nie usłyszeli żadnej odpowiedzi, a ta z niknęła im już z pola widzenia.
-Noele! Wracaj!-wrzasnęła gryfonka.
-Chodźmy jej poszukać!- rzekła rudowłosa puszczając się w las. Za nią pobiegła cała piątka.-Noele!
-Noele, chodź tu!-krzyknął zezłoszczony, ale i lekko przerażony George.
Długo błąkali się po wiosce, lecz po małej nie było ani śladu. Każdemu z osobna w głowie głębiły się najgorsze scenariusze. Nikt jednak nie wymawiał ich na głos, jak gdyby powiedzenie ich było ostatecznym wyrokiem.
Gdy po jakichś 40 minutach znaleźli się w głębi lasu i nie widać było żadnej ścieżki prowadzącej do Wrzeszczącej Chatki, czy też Hogsmeade, ogarnął ich najprawdziwszy strach. Bali się o przyjaciółkę, ale również o to, że jakakolwiek pomoc będzie musiała przebyć długą drogę by się tu dostać.
Nagle zobaczyli wielki czerwony błysk jakieś sto metrów od nich. Po sekundzie odbył się głośny jęk ośmiolatki.
-Ała....- usłyszeli, po czym podbiegli do miejsca, w którym zobaczyli strumień światła.
-Co wy tu robicie? Uciekajcie, proszę. Odejdźcie stąd...- szepnęła Noele przymrużając lekko oczy. Jej ciało było w dużej mierze zakrwawione. Na rękach, brzuchu i nogach miała głębokie rany cięte jakby ktoś zastosował na niej zaklęcie Sectumsepmra. Oprócz tego jej oczy nie lśniły wcale, nie było w nich żadnej szczęśliwej iskierki, więc prawdopodobnie przez dłuższy czas traktowano ją Cruciatusem.
-Naprawdę. Uciekajcie. Nie chcę mieć Was na sumieniu.-rzekła cichutko.
-Ma racje, to wasza ostatnia szansa.- powiedziała lodowatym głosem, podobnym do tonu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, wyłaniająca się z mroku drzew postać.

***
Wiem, rozdział nienajlepszy, ale dopiero odzyskuję wenę. Mam nadzieję, że będzie chociaż 20 komentarzy. Blogi osób, które wpisały się pod ostatnim Wyjcem przeczytam jutro(!), gdyż się zapuściłam. Jeżeli pod tym postem też zostawisz komentarz i będę wiedziała, że czytasz mojego bloga, ja również wejdę na Twojego.
Mam nadzieję, że czytelnicy mnie nie opuścili i napiszą co sądzą o rozdziale.
Może być w nim dużo błędów, bo niestety nie miałam czasu by go sprawdzić. Następnym razem będzie dłuższy i bardziej poprawny!




06 marca 2013

Wyjec pierwszy.

Witam wszystkich czytelników, o ile w ogóle ktoś tu jeszcze zagląda. Nie mam weny ostatnimi czasy, ale nie martwcie się, blog nie jest opuszczony. Rozdział planuję dodać w najbliższym czasie. Mam do Was jednak prośbę, a raczej pytanie. Co chcielibyście zobaczyć w następnym rozdziale? Byłabym bardzo wdzięczna za jakąkolwiek radę, czy też opinię.
Tymczasem spadam nadrabiać rozdziały u innych. Ach, mam jeszcze jedną sprawę. Pamiętam adresy ok. 5 blogów, (min. bloga Camille, Freddie, Lydii) które mam odwiedzić, aczkolwiek nie wszystkie. Czy każdy kto wpada do mnie dość regularnie mógłby napisać w komentarzu pod tym postem od razu adres swojego bloga? Trzeba po nadrabiać czytanie, a nie wszystkie mam w obserwowanych, rozumiecie.

13 stycznia 2013

Rozdział dziewiąty.


-Hermiona!- krzyczała zadowolona dziewczynka, wbiegając na łóżko szatynki.
-Lavender, nie piszcz, śpij!- rzekła rozzłoszczona.
-Ale to ja ... Noele - gdy tylko Gryfonka usłyszała to imię wstała jak poparzona. Szybko przetarła oczy i spojrzała na ośmiolatkę. Patrzyła na nią uporczywie, jakby nie wierzyła własnym oczom.
-Co ty tu robisz?- zapytała zdziwiona - O matko, myślałam, że coś Ci się stało!- powiedziała, po czym przytuliła dziewczynkę.
- Nie jestem przyzwyczajona do czułości, mogłabyś więc mnie puścić?- zapytała zdezorientowana dziewczynka. To smutne - pomyślała Hermiona. Takie małe dziecko, a nie chce się nawet przytulić. Przecież ośmiolatki tylko by się przytulały...
-Przepraszam - powiedziała piętnastolatka.- Jak się tu znalazłaś?
Gdy Noele opowiedziała całą historię, a Hermiona zadała w między czasie około pięćdziesięciu pytań o wszystko i o nic, zeszły razem do pokoju wspólnego. Była niedziela, dziewiąta rano, więc wiele osób z domu lwa jeszcze słodko drzemało.
-Pójdę do kuchni, może skrzaty dadzą nam coś do jedzenia. Poczekasz tu?- zapytała szatynka.-A jak wrócę, to opowiem Ci o W.E.S.Z...- dodała smutnym głosem.
-Oczywiście. Jak możesz to weź mi tosty z dżemem, dobrze?
-Jasne- rzekła i wyszła.
Dziewczynka usiadła przed kominkiem. Na dworze nie było zimno, ani chłodno, ale nie jakoś specjalnie ciepło. Noele lubiła jednak gorąco strzelającego ognia i widok palącego się drewna. Ciepła nigdy nie zaznała, może dlatego siedziała teraz uparcie, choć pot zaczął spływać jej po czole. Nagle usłyszała tupot czyichś stóp. Do pokoju wszedł wysoki rudzielec. Rozsiadł się na kanapie i popatrzył za okno. Zdawał się jej nie zauważyć.
-Cześć...- zaczęła nieśmiało Noele.
-Na brodę Merlina! Przestraszyłaś mnie!- rzekł zszokowany.- Jestem George.- dodał gdy już się otrząsnął, po czym wstał i podszedł do ośmiolatki.
- A ja Noele- powiedziała, a jej policzki zarumieniły się.
-Nie jesteś przypadkiem za młoda, by być w Hogwarcie? Nie widziałem Cię na ceremonii przydziału- rzekł z uśmiechem na ustach.
-Jestem... Bo... Bo mnie przywiózł Dumbledore, ja... No, bo ja... Ja znaczy...
-Jak nie chcesz to nie mów!- wpadł jej w słowo.- Może w coś zagramy, hm? - zapytał uśmiechnięty.
-Jasne- powiedziała trochę bardziej śmiało dziewczynka, również delikatnie się uśmiechając.
-To ja skoczę po karty i czekoladowe żaby!
Znowu została sama. Przyjemny chłopiec pomyślała. Rzeczywiście, George zrobił na niej bardzo dobre wrażenie, był taki przyjazny. W jednej sekundzie poczuła się przy nim milion razy bezpieczniej niż w domu, czy jakimkolwiek innym miejscu w jakim była. Tak dobrze czuła się tylko u boku Hermiony, czy Dumbledorea. Rudzielec wydał się Noele bardzo szlachetny, a zarazem szalony. Ale miał dobre oczy które są najważniejsze. One nigdy nie kłamią - pomyślała - nie umieją.
-Mam!- krzyknął wbiegając do pokoju.- W co gramy? Ach, zapomniałbym, masz - powiedział, po czym podał dziewczynce chyba wszystkie czekoladowe żaby jakie posiadał.- Jedz, każdy kocha czekoladę!
Noele niepewnie sięgnęła po słodycz. Rzeczywiście bardzo lubiła takie przysmaki, choć jadła je ze dwa razy w życiu, co jeszcze bardziej wzmagało apetyt.
-Czemu tak się skradasz? Daję Ci je, możesz jeść- rzekł George zachęcając ją uśmiechem.
Po 20 minutach grania w karty i objadania się, ośmiolatka czuła się już wyśmienicie w towarzystwie rudzielca. Śmiała się szczerze, ukazując rząd równiutkich białych ząbków. Chyba pierwszy raz w życiu, tak długo miała dobry humor. Nie chyba. Tak. To był pierwszy raz.
-Doszła niedoszła żona*- powiedziała do obrazu Hermiona, a drzwi uchyliły się.
-Mam jedzenie! - krzyknęła szatynka wciąż patrząc na kubek trzymany w prawej ręce i stąpając bezpiecznie po ziemi, by nie wylać herbaty.
-Daj, pomogę Ci- powiedział George łapiąc rękę dziewczyny, która podskoczyła jak poparzona.
-No i co narobiłeś! Wylałam teraz przez Ciebie!- żachnęła się.
-Nie moja wina, że szłaś tak wolno, a moja kultura nakazywała mi, abym Ci pomógł. W takim tempie, to się nie dziwię, że dopiero doszłaś do Pokoju Wspólnego- zaśmiał się rudzielec, po czym zawtórowała mu dziewczynka.
-Ha ha ha - powiedział Hermiona.- Trudno Noele, nie masz picia.
-Obejdę się jakoś...- rzekła ośmiolatka, dalej podśmiewując się z koleżanki. Gdy już plama została wytarta, a tosty zjedzone, do pokoju zeszło więcej Gryfonów.
Harry, Ron, Ginny oraz Fred zapoznali się z Noele i tak, w przyjaznym nastroju minął tydzień.
Dziewczynka mieszkała u Hagrida, pomagała mu zajmować się magicznymi zwierzętami, które tak bardzo lubiła, a w między czasie spotykała się z mieszkańcami trzech domów. Gryffindoru, Hufflepuffu, oraz Ravenclawu. W domu lwa miała najwięcej przyjaciół i byli oni zdecydowanie najbliżsi, jednakże w dwóch pozostałych również znalazła sobie dobre koleżanki, oraz kolegów, min. Hannę Abbot, Lunę Lovegood, Cho Chang, Susan Bones i Erniego MacMilana.
Pogoda na dworze powoli zmieniała się, pokazując, że nadchodzi zima. Był piątek, a Noele siedziała z Carusem i karmiła go. Od zawsze bardzo lubiła magiczne stworzenia, więc mieszkanie z Hagridem sprawiało jej wielką frajdę. Gajowy indywidualnie uczył ją o sklątkach tylnowybuchowych, testralach, feniksach, hipogryfach, gryfach itd. przekazując jej dosłownie wszystko co wiedział.
Gdy dziewczynka skończyła, poszła w stronę zamku. Hermiona, Harry i Ron mieli teraz eliksiry. Noele często po tej lekcji przychodziła, by poprawić im humory, które najczęściej były bardzo złe, po spotkaniu ze Snapem. Tym razem oczywiście, nic się nie zmieniło. 
-Nie, ja naprawdę nie wytrzymam z nim!- warknął Ron.
-Ty drogi kolego, nie masz z nim oklumencji, na której on maltretuje Cię swobodnie, twierdząc, że uczy Cię tego dla Twojego dobra. Nie wiem już, czy chce mi pomóc, czy jest to dla niego opcja, żeby się na mnie wyżyć- powiedział zrezygnowany Harry.
Noele szła zagryzając dolną wargę. Patrzyła na nich z dołu swoim błagalnym spojrzeniem. To zawsze na nich działało. Nie chcieli się kłócić, przy małej słodkiej dziewczynce, więc zła energia ulatywała z nich, jak powietrze z pękniętego balona. 
Była to ostatnia lekcja, więc poszli do pokoju wspólnego, gdzie wzięli się za odrabianie prac domowych. Wesoła ośmiolatka jak zwykle towarzyszyła im w tej katorżniczej czynności, co chwila rozbawiając ich żartem, czy chociażby spojrzeniem. W momentach, w których potrzebowali skupienia, dziewczynka patrzyła się w ogień, który tak bardzo lubiła. 
Gdy Harry, Ron i Hermiona skończyli wypracowanie dla Snape, oraz McGonagall do pokoju weszli bliźniacy. 
-Oj, jak smutno... Widzę, że się odrabia lekcje- powiedział George, skupiając na sobie uwagę ośmiolatki, która sekundę późnej wisiała na jego szyi.- Witaj Noele- zaśmiał się.-Może przywitasz się też z Fredem, hm?
-Oczywiście, a jak myślałeś?- zaśpiewała, po czym przeskoczyła na drugiego bliźniaka, który również wyszczerzył zęby.- Co porobimy?!
-Może hm... Zagramy w coś?
-Ja wiem, co możemy zrobić! Dajcie mi wasze smakołyki! Chcę być testerem, jak te starsze dzieci!- krzyknęła uradowana dziewczynka.
-Chyba za bardzo Cię lubimy- mrugnął do niej George. 
Po chwili wszyscy usiedli przy kominku. A to rozmawiali, a to grali w karty, potem opowiadali sobie śmieszne historie, potem znów robili coś innego... Nikomu się jakoś specjalnie nie nudziło. Przez ten ostatni tydzień, nawet Umbridge trudno było popsuć im humor. Najprawdopodobniej to Noele tak na nich działała. Nawet gdy mieli zły dzień, ona przychodziła, uśmiechała się, pokazała swoje proste ząbki, a gniew mijał. 
Bliźniacy nieszczególnie uwielbiali dzieci. Oczywiste jest, że każdy był kiedyś mały, ale po co robić z tego wielką aferę. ''Taki słodki, taki wspaniały'', ja tam uważam, że dziecko jak dziecko powtarzali. Może dlatego nie mieli skrupułów, by dawać jedenastolatkom swoje wyroby. Co do Noele, mieli jednak zupełnie inne nastawienie. Traktowali ją jak... młodszą siostrę, ale taką, którą lubią. O którą się w pewien sposób troszczą, nie robiąc z niej testera i brutalnie nie odpychając gdy się przytula. 
Może dlatego, ze ośmiolatka nie było upierdliwym dzieckiem. Nie płakała, nie odzywała się, gdy nie było to potrzebne, nie tuliła się za bardzo. Była wręcz idealna. Jakby umiała wyczuć czyjś nastrój i zachowywać się tak by niczego nie popsuć, lecz poprawić. Jakby miała przed sobą listę czynów, których przed daną osobą nie powinna robić. Może dlatego zjednała sobie prawie wszystkie domy.
Po skończonym dniu, bliźniacy, wraz z Hermioną zdecydowali się odprowadzić ośmiolatkę. 
-Witaj Hagridzie, przyprowadziliśmy młodą- powiedziała piętnastolatka.
-Już miałem po nią iść. Dziękuję Wam. Może zajrzycie na herbatkę?- zagaił gajowy(ale ze mnie żartowniś: zagaił gajowy, haha xd).
-Nie, jest już ciemno, ale wpadniemy jutro, jeżeli nie masz nic przeciwko- uśmiechnął się George.
-Jasne, że nie mam!- wręcz krzyknął Rubeus.
-To pa- szepnęła Noele.
-Do zobaczenia- pożegnali się Gryfoni. 
Znowu zaczęło się robić chłodno. Był już koniec września, a jesień przyprawiała co drugą osobę o katar. Do tego każdego ranka, można było zauważyć lekki szron, pokrywający pola wokół Hogwartu.
-Zima przyjdzie chyba szybko w tym roku- powiedziała Hermiona trzęsąc się z zimna.
-Mogłabyś już się nauczyć brać cieplejszą bluzę moja droga.- rzekł George, czując jak ramie przyjaciółki drży.-Nie mam sumienia, tak na ciebie patrzeć, trzymaj- wręczył swoją bluzę Gryfonce. Tę samą bluzę, którą podarował jej tydzień temu. Dziewczyna wyglądała w niej wręcz komicznie.-Freddie, jest mi zimno.
-No i co ja mam Ci poradzić?- odpowiedział bliźniak.
-Daj mi swoją bluzę- rzekł rudzielec, jakby to było oczywiste.
-Hahahahaha, nie.
-Chodź ty ciapo. Zastosujemy taktykę pingwinów.- powiedziała Hermiona a kąciki jej ust, delikatnie podniosły się do góry, po czym wzięła Georga pod ramię.
-Kogo nazywasz ciapą, przepraszam? Doigrasz się dziewczyno, doigrasz!- zaśmiał się chłopak.

-Witaj Noele. Tak, wiem. Żyje Ci się świetnie. Ale pamiętaj... Mamusia i tatuś Cię kochają i w końcu odnajdą.- rzekła kobieta, mająca około czterdziestu lat.- Moja kochana córeczko, naciesz się życiem, póki trwa.
Ośmiolatka obudziła się siadając szybko na łóżku.  Oddychała nierównomiernie, zdecydowanie za szybko. Wiedziała już, że sielanka niedługo zostanie przerwana. To chyba  najlepsza opcja, cieszyć się, póki życie jeszcze trwa. pomyślała, lecz po chwili jej umysłem zawładnął nieład. Ja nie chcę! Czemu mnie nie zostawisz, czemu? Przecież... Ja Ci nie wchodzę w drogę... Zostaw mnie. Zostaw mnie. Czemu ja Cię obchodzę, czemu chcesz mnie maltretować, czemu chcesz mnie zabić, czemu mnie nie zostawisz, czemu mi to robisz?! myślała Noele popadając w coraz większą histerię.
Zła spłynęła jej po policzku. 
Czemu ja...


***

Więc skończyłam następny rozdział. Jestem wniebowzięta, bo rozdział(tak jak poprzedni) ma 4 strony w Wordzie! Ja przecież nigdy nie pisałam tak długich rozdziałów. Ten sen Noele, ma wprowadzić chaos, bo jest zbyt wesoło w moim opowiadaniu, a co za dużo to nie zdrowo. Poza tym, nigdy nie jest do końca dobrze!
Niedawno wróciłam z WOŚP'u. Śmiesznie było ^.^. Nie zbierałam kasy, tylko siedziałam sobie w sztabie, w cieplutkim sztabiku c: Ale nie ważne. W każdym razie, nie będzie mnie teraz 4 dni, gdyż jadę na zimowisko harcerskie. Nie będę więc czytać waszych rozdziałów :c 
Tekst poprawiła mi Roonie. Jeżeli również szukacie kogoś, kto poprawi wasze błędy, piszcie właśnie do Rooney. Oto jej e-mail:  ronnie_welt@onet.pl  .
Dziękuję bardzo tym, którzy komentują. To naprawdę zachęca do dalszej pracy. Bo po co pisać, gdy nikogo to nie obchodzi? Miło mi się robi czytając Wasze komentarze, nawet negatywne.
No i specjalne podziękowania powinnam złożyć, tym paru osobom, które są ze mną od początku, oraz tym, które mnie nie opuszczają. Zawsze oceniają i szczerze mówią co myślą! Jeżeli to czytasz, a jesteś jedną z tych osób, to na pewno wiesz, że nią jesteś ^.^ Nie będę Was teraz wymieniać, ale ta grupa jest bardzo mała. Z 3, 4 osoby? No i znowu: dziękuję!


*Doszła niedoszła żona- hasło specjalnie wymyślone dla Magdy/Nagini.







09 stycznia 2013

Rozdział ósmy.

-Rozumiem co przeszłaś Noele. Postanowiłem już co z Tobą zrobimy.- rzekł Dumbledore po wysłuchaniu opowieści dziewczynki. - Jedziesz ze mną do Hogwartu... Nie oddam Cię do sierocińca. Przypomnij mi, ile masz lat?
-Osiem proszę Pana. Urodziłam się 31 sierpnia. Od niedawna mam osiem...
-Czyli jeszcze paru Ci brakuje, byś mogła rozpocząć naukę w Hogwarcie. No cóż... Jestem pewien, że coś wymyślimy. Może zamieszkasz z Hagridem... Tak, to chyba będzie dobry pomysł. Jeszcze pomyślimy! To zbieramy się i lecimy. Czy masz coś do zabrania młoda damo?
-Nie, proszę pana.- rzekła speszona. Dyrektor złapał ją za rękę, podziękował barmanowi za opiekę  po czym wyszedł z pubu, kierując się do wozu prowadzonego przez testrale.
-Jakie dziwne konie!- krzyknęła Noele, a jej uczucia mieszały się z rozbawieniem i niepewnością.- Nigdy nie widziałam testrali na żywo. Myślałam, że są brzydsze, a to takie słodziaki.- powiedziała uśmiechając się i podbiegając do stojącego na przedzie stada, Carusa*. -Hahah!- wybuchnęła śmiechem, gdy ten zaczął drapać się pyskiem o jej biodro.- Masz takie puste oczka. To prawda, że wyglądają jak otchłań ..- Oprzytomniała Noele przytrzymując pysk Carusa na przeciwko swojej głowy.
-Skąd wiesz o testralach? Wnioskuję, że rodzice nie nauczyli Cię niczego przydatnego, czy się mylę?-zapytał Dumbledore.
-Ma pan racje. Rodzice mnie niczego nie nauczyli, ale czytam dużo książek.  Opanowałam też zaklęcie Lectio**, które przekazywało mi wszystkie informacje z książki do mózgu. Tak jakbym ją czytała, nawet trwało to przez taki czas, przez jaki sama bym ją przeczytała. Bardzo lubię magiczne zwierzęta!
-Jesteś bardzo inteligentna, ale skąd masz różdżkę? I dlaczego widzisz testrale?
-Różdżkę mam po zmarłym bracie. To właśnie jego śmierć widziałam.
Resztę podróży spędzili w ciszy, wpatrując się w znikający księżyc, który powoli był zastępowany słońcem.

-Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Ubieraj się, za 15 minut czekamy na Ciebie w pokoju wspólnym.- powiedziała Ginny, wyrywając Hermionę ze słodkiego snu- Dzisiaj 19 września.- dodała po czym zostawiła szatynkę samą.
Gdy Hermiona zeszła do pokoju wspólnego Gryfonów stał już tam Ron, Harry, Fred oraz wyjątkowo rozpromieniony George.
-Wszystkiego najlepszego.-powiedzieli chórem.
-Dzięki...- rzekła dziewczyna, lekko się czerwieniąc. Jeszcze nigdy nie doświadczyła bowiem, tak miłej niespodzianki.
-A teraz musimy już iść.- powiedział Harry po czym Fred i George wzięli ją na ręce.
-Co wy robicie?- zapiszczała dziewczyna.
-Tron dla panienki. Żeby się panienka nie musiała przemęczać idąc do Ha...
-Cicho, George!- przerwał mu Fred.
-Ups.. Sorki.
-Och! Hermiono, póki pamiętam, na początku roku, nie mówiłem Ci gdzie wychodzimy, bo organizowaliśmy właśnie tę niespodziankę.- rzekł Ron.
-Aha. Już myślałam, że coś ukrywacie.- zaśmiała się.
Dzień był bardzo słoneczny,  wszystko współgrało ze sobą idealnie, poczynając od wesołych promyków słonecznych, kończąc na kawałach Freda i George'a. Nawet rośliny wydawały się cieszyć tym ciepłem, którym emanował dzisiejszy poranek.
Droga była krótka, okazało się, że Hermiona została doniesiona do chatki Hagrida, gdzie przy wejściu przywitała ją Ginny wraz z właścicielem domku. Bliźniacy postawili ją na ziemi, po czym weszli do chatki. Była urządzona bardzo ładnie, gdzie nie gdzie z sufitu zwisały serpentyny, a na jednej ze ścian wisiał transparent ,,Popieramy twoją skrzatofobię!'', który najwyraźniej stworzył Fred z Georgem.
-Nie trzeba było...- rzekła dziewczyna rumieniąc się.
-Trzeba, trzeba.- rzekł łagodnie jak to miał w zwyczaju Hagrid. Widać było, że starał się by ten dzień był dla Hermiony jak najwspanialszy, wywnioskowała to miedzy innymi, po uczesanej brodzie.
-Wszystkiego najlepszego!- krzyknęła rudowłosa rzucając się przyjaciółce na szyję.
-Dzięki Ginny!- dodała jubilatka, która w końcu poczuła, że nie jest sama w męskim gronie. Oczywiście uwielbiała towarzystwo Georga, Rona, Freda, Harry'ego czy chociażby Hagrida, ale często potrzebowała przyjaciółki. Jakby nie było, zawsze dobrze mieć przy sobie dziewczynę, która zna solidarność obowiązującą w świecie płci pięknej i która chociaż dla zasady poparłaby szatynkę.
Na stoliku elegancko prezentował się dwupiętrowy tort, który prawdopodobnie upiekła pani Weasley. Widniał na nim napis ,,Wszystkiego najlepszego, z okazji 15-stych urodzin kochanie!''.
To na pewno robota Molly, bo kto inny umieściłby na torcie taki napis?
Wszyscy zasiedli obok stolika i delektowali się wspaniałym wypiekiem. Momentami tylko Fred rzucał w George'a jedzeniem lub na odwrót.
-Chyba przyszedł czas rozpakowania prezentów!- krzyknęła Ginny.- Ten jest od Hagrida.- dodała wręczając Hermionie ogromny pakunek. Samo otworzenie go zajęło jej 2 minuty, gdyż był tak perfekcyjnie zapakowany. W końcu jednak dokopała się do sterty książek, o jej ulubionej tematyce, oraz do włochatej księgi posiadającej zęby, nos, oraz duże czekoladowe oczy. Na końcu znalazła dedykację, której ostatnie zdanie brzmiało ,,Mam nadzieję, że zawsze będziesz pamiętać, o mnie, skromnym Hogwarckim gajowym, Hagrid.''
-Jasne, że będę pamiętać.- powiedziała uśmiechając się brązowowłosa.- Poza tym już nie jesteś tylko gajowym, ale również nauczycielem.-dopowiedziała przytulając się do olbrzyma.-Dziękuję
-No już koniec tych czułości Hermiono. - rzekł śmiejąc się.- Wiesz co to za księga? Oczywiście opowiadająca o magicznych stworzeniach! Jak ją przeczytasz dowiesz, się jak oswoić to żyjątko na okładce. Prawda Bobuś?
-O! Nazwałeś go już!- uśmiechnęła się Hermiona.
-Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła. Bobuś pasuje do niego idealnie.- mruknął gajowy.
-To od Harry'ego i Rona.-powiedziała znowu Ginny. Ten prezent był dość malutki, wyglądał jak książka, jednak gdy go rozwinęła zobaczyła album z ich wspólnymi zdjęciami. Tylko ich trójki. Były najróżniejsze, jedne jak się śmiali, drugie jak byli smutni, trzecie jak chorzy... Najróżniejsze.
-Dzięki chłopaki!- krzyknęła przytulając ich obydwóch, po czym rzuciła się do ostatniej paczki.
-To od George'a i Freda.- kontynuowała Ginny. W tej paczuszce znajdowały się setki bliźniaczych wyrobów, oraz ich zdjęcie na którym puszczali oko. A z tyłu podpis ,,Dla wiernej fanki, Hermiony, którą kopnął zaszczyt dotknięcia naszej skóry niemowlaka!''. Łatwo wywnioskować, że bardziej spodobało jej się zdjęcie, niż wyroby, których od czasu swojej prefektowej kariery, starała się jak najszybciej pozbyć.
-Kiedyś to zdjęcie będzie warte majątek- rzekł George, a w chwilę później Hermiona wisiała już na jego szyi mówiąc:
-Nie wątpię.
-Możesz jeszcze raz doświadczyć tej przyjemności związanej z moją wspaniałą, acz niekremowana skórą!- powiedział rudzielec.
-Jakże bym miała nie skorzystać?- zapytała szatynka, po czym pocałowała Georga w policzek.
-Czuje się urażony! Ja też się nie kremuję.- wymamrotał Fred.
-Oczywiście!- dodała Hermiona, przenosząc się na drugiego bliźniaka i całując go w policzek.
-A to ode mnie.- Powiedziała Ginny. W tej paczce znajdował się eliksir miłości i wyrwane kartki z pamiętnika rudej. Były na nich podobizny Hermiony, notatki opisujące spotkania dziewczyn, oraz przemyślenia Ginevry na temat ich przyjaźni.  Do tego w paczce leżał również złoty naszyjnik.
-Dziękuję.-rzekła jubilatka i w tym samym momencie obydwie się przytuliły.
-Ooo... Jakież te przytulanki...- zaczął George słodkim głosem.
-Obleśne.- Dokończył nieprzyjemnie Fred, po czym obydwoje przybili piątki.
-Ale co tam! Tulimy!- krzyknęli bliźniacy, jakgdyby nagle zmienili zdanie.
-George gnieciesz mnie! - syknęła tylko Hermiona spoczywająca w wielkich ramionach bliźniaków, ledwo mieszcząc się wraz z Ginny.
-Wiem, że tego pragniesz.- dodał rudzielec.

Gdy zapadał już wieczór grupa przyjaciół wróciła do zamku, lecz Hermiona uparła się, że pomoże Hagridowi posprzątać. Tak też zrobiła, wyganiając wszystkich oprócz Georga, który uparcie twierdził, że nie wyjdzie. Gdy po dwudziestu minutach mugolskiego mycia naczyń i uczenia bliźniaka, jak wytrzeć talerz, gajowy wyszedł by nakarmić młodego testrala, który jeszcze nie ciągnął powozu, a Hermiona stwierdziła, że sama poradzi sobie z resztą zastawy i nie potrzebuje starań Georga.
-Chciałem pomóc!- rzekł podnosząc ręce do góry w geście kapitulacji.
-Yhym, yhym. Lepiej usiądź i nie psuj niczego.- zaśmiała się. Chłopak posłusznie wykonał polecenie, lecz szczęście sprawiło, że znał to jedno, przydatne w tym momencie zaklęcie.
-Chłoszczyć.- wyszeptał podnosząc różdżkę, a naczynia same zaczęły się poruszać.
-No i co zrobiłeś? Mieliśmy pomóc, a nie wyręczać się tylko zaklęciami.- powiedziała oburzona.
-No to trudno. Jest czysto. Zobacz! Chodźmy już do zamku. 
-No dobrze.- powiedziała zrezygnowana.
Wyszli więc przed chatkę, pożegnali się z Hagridem i ruszyli przez błonia.
-Zimno mi.- wymamrotała dygocząc Hermiona. -Rano było o wiele cieplej.
-Masz. Tym razem to ja byłem tym inteligentnym.- rzekł nakładając na przyjaciółkę czerwoną bluzę Gryffindoru, która dosięgała jej do kolan.- Dalej zimno?
-Tak.
-Mi też. Przez Ciebie.- zaśmiał się rudzielec. -Przyjmijmy więc taktykę pingwinów. Jak jest im zimno kulą się najbliżej siebie, żeby wzajemnie dawać sobie ciepło.
-Skąd wiesz?
-Akurat przydatne ciekawostki, to lubię wiedzieć.- uśmiechnął się. -No a tak z drugiej strony, to Hagrid mi opowiadał, że widział takie stworzenia w garniturach jak leciał na Antarktydą i trochę o nich czytał. Chcąc, niechcąc słuchałem. Wiesz, kultura nie pozwalała przerwać.- powiedział i wypiął pierś, jakgdyby perfekcyjnie opanował zasady savoir vivre. Gdy już skończył popadać w samouwielbienie, objął przyjaciółkę ramieniem.
-Nie wiem jak może Ci być zimno. Jesteś taka ciepła.- rzeczywiście, gdy tylko się zbliżył, poczuł ciepło jej skóry. Od razu trochę się ogrzał.
-No widzisz...- skwitowała Hermiona spoglądając w czekoladowe oczy towarzysza. Jeszcze nigdy nie przyglądała mu się z takiego bliska. Zawsze lubiła ciemnobrązowe, prawie, że czarne ciepłe, emanujące dobrem i życzliwością, a jednocześnie mające w sobie wesoły iskry, oczy. 
Poczuła jego zapach. Taki zwykły. Nie używał żadnych mocnych perfum. Czy on w ogóle używał perfum? Nie, chyba nie. Tak po prostu pachniał... Czekoladą. Nie zbyt słodko, ale jednak. Może pani Weasley robiła swetry ze specjalnie pachnącej wełny? Była i taka możliwość. Oparła głowę o ramie Georga, choć był od niej dużo wyższy. Miłe uczucie- pomyślała.
Natomiast chłopak spojrzał na nią z góry. Poczuł się dziwnie, tak jakby nadwyrężał tę cienką linię dzielącą przyjaźń i zakochanie. Tak jakby, stawiając następny krok miał zacząć się w niej zakochiwać. Nagle zaczęło, go jednak dręczyć inne pytanie. Czy ja go już przypadkiem nie postawiłem? pomyślał.

-Witaj w Howarcie Noele.- rzekł dyrektor, a oczy dziewczynki powiększyły się do rozmiarów galeona. Szkoła zrobiła na niej ogromne wrażenie, a świadomość, że prawdopodobnie będzie tu mieszkać, była najweselszą rzeczą w jej życiu.

***
Rozmawiałam sobie ostatnio z Nagini(blog) właśnie o miłosnych wątkach, no i coś tu zaczynam wprowadzać. Nie wiem co to będzie. Nie oczekujcie tylko szybkiego buzi, buzi i po sprawie ^.^ Nie nie, to tak na pewno nie będzie wyglądało. No i druga sprawa: buzi buzi, szybko się nie pojawi, o ile w ogóle. Oczekuje wielu zwrotów akcji, zobaczymy jak to wyjdzie. 
To jest chyba najdłuższy rozdział jaki dodaje 0.0 !! 
A no i jeszcze powiem, że z wątku związanego z urodzinami nie jestem za bardzo zadowolona. Pisałam go kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze mój styl pisania, wydawał mi się totalnie beznadziejny, ale dodałam ten wątek, gdyż w pierwszym rozdziale Ron nie chciał powiedzieć Hermionie, gdzie znika, więc to taka forma wyjaśnienia Wam, dlaczego go nie było. 
Rozdział dedykuje Nagini, która kocha bliźniaków tak samo jak ja :3
Dziękuję też tym paru osobom, które zawsze komentują. :) Żeby nie było: nawet jak późno dodaję komentarze, to zawsze o Was pamiętam^.^
Dziękuję też Chan Lee, za zrobienie pięknego szablonu.
Piosenka: H-Blockx- Kiss me
The Doors- Hello, I love you   



*Carus- carus łac. kochany.
**Lectio- z lac. lekcja lub czytanie.

02 stycznia 2013

Rozdział siódmy i ½.

Ne będę czekać, aż mnie stąd wyciągniesz. Coś Ci się chyba nie śpieszy- pomyślała Noele. Nareszcie! W końcu przyszedł jej do głowy pewien niesamowicie banalny pomysł. Szukaj czegoś wielkiego w małych rzeczach! Tak, to prawda. Szukała w głupotach i znalazła! Przecież miała różdżkę po nieżyjącym już bracie pod łóżkiem.
-Ał...- szepnęła dziewczynką, próbując wyciągnąć ów przedmiot, niestety łańcuchy wbijały się coraz mocniej za każdym ruchem. Mam! Dobrze, jakie zaklęcie, jakie zaklęcie.... Spróbujmy najprostsze...- pomyślała, następnie wypowiedziała na prawdę proste zaklęcie, przeczytane niegdyś w jednej z ksiąg ,,Podstawy magii.''. Pomogło! Jakich głupców ja mam za rodziców. W sumie nie wiedzieli, że znam jakiekolwiek zaklęcie, ale bez przesady...
Noele wstała z łóżka. Przyłożyła ucho do drzwi, lecz nic nie usłyszała. Wszystko wskazywało na to, że matka i ojciec wyszli. Brązowowłosa powolutku wyślizgnęła się z pokoju, uważając na jakiekolwiek pułapki. Doszła do wyjścia, po czym bez problemu wydostała się na podwórko. Był piękny, choć chłodny dzień.
Coś jednak podpowiadało jej, że to nie koniec. Wszystko poszło za łatwo. Dziewczynka przywołała Błędnego Rycerza. Sama nie wiedziała jak, lecz podjechał ów dziwny autokar. Noele wsiadła do niego, a tam powitał ją pryszczaty młodzieniec.
-Nie mam pieniędzy- odrzekła od razu.- Ale muszę się dostać do świata magii.- wyszeptała niemal płacząc.
-Ech... No dobra, ale już więcej nie pojedziesz na gapę. Zajmuj łóżko.
Noele została odwieziona pod karczmę. Rozpoczęła więc rozmowę z barmanką, mając nadzieję, że pomoże jej to w odnalezieniu Hermiony.
-Przepraszam Panią. Wie Pani może jak mam się dostać do Hogwartu?-zapytała niepewnie.
-Chyba jesteś za młoda, by uczyć się w tej szkole panienko.- rzekła uśmiechając się.
-Nie o to chodzi, ja muszę się tam jak najszybciej dostać! Porozmawiać z Hermioną.
-Kim?
-Czy mógłby Pan zapytać dyrektora tej szkoły, czy mogłabym pozostać w niej przez tydzień? Niech chociaż mnie wysłucha.
-Dumbledorea?- powiedziała zdziwiona.-No dobrze.. Dobrze, to już wysyłam mu sówkę. Usiądź tutaj panienko.- burknęła zdezorientowana.

-Ron, nie śpij.- szepnęła Hermiona.-Musisz zrobić pracę dla Snape'a!
Była szósta rano, dlatego rudzielcowi, tak trudno było odpędzić sen z powiek. Brązowłosa zgodziła się pomóc przyjacielowi, w odrabianiu lekcji, których wczoraj nie zdążył zrobić.
-Masz natychmiast wstać! Nie po to budziłam się wcześniej, by patrzeć jak śpisz!- rzekła na tyle głośno, że twarze Alicji Spinnet oraz Angeliny Johnson zwróciły się w jej stronę. Można z nich było wyczytać ,,CO SIĘ DRZESZ OD RANA?!''.
Natomiast piętnastolatek otrząsnął się, przeprosił, po czym wzięli się do roboty.
-Tu masz źle. Ten składnik to zęby trolli. Skreślaj.- podpowiadała co chwilę Hermiona, aż w końcu wybiła siódma. Przyjaciele zeszli więc na śniadanie po czym usiedli przy stole zastawionym pysznymi daniami, choć było to tylko śniadanie.
-Dziękuję za pomoc.- rzekł Ron pożerając właśnie grzankę z dżemem.
-Nie ma sprawy.-odpowiedziała dziewczyna uśmiechając się.
-Gdzie Harry?
-Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że nie spóźni się na pierwszą lekcję ze Snapem.
Zapadła cisza. Ale nie nieręczna cisza. Przyjacielska cisza. Czyli taka, która nie krępuje. Hermiona dokończyła swoje śniadanie, a następnie obydwoje zeszli do lochów na lekcje eliksirów.
-Gdzie on jest?- zapytał ponownie rudzielec, gdy wchodzili do klasy. Nagle zza zakrętu wyłonił się kontur szaty Pottera. Gdy podbiegł do nich, policzki miał różowe, a kropelka potu niesfornie spływała mu po czole.
-Śmiesznie wyglądasz.- zaśmiała się Hermiona.
-Zaspałem. Czemu mnie nie obudziliście?
-Byliśmy tak pochłonięci pisaniem wypracowania, że sądziliśmy, że nie zauważyliśmy jak wychodziłeś z dormitorium.-usprawiedliwił ich Ronald.
Po wejściu do sali każdy przygotował kociołek, stanął na baczność, niczym w wojsku i wyczekiwał dotarcia profesora.
-Witajcie. Dzisiaj zajmiemy się eliksirem słodkiego snu.- rzekł Snape dochodząc do biurka.- Kto mi powie do czego on służy?- ręka Hermiony wystrzeliła jak z procy.- Draco?
-Ale ja... Ja się nie zgłaszałem.- odpowiedział lekko zakłopotany blondyn.
-Yhym... Harry?
-Ja... Ja niestety też nie wiem profesorze.
-Czyli lubisz przychodzić na lekcje nieprzygotowany. Zaraz będziesz tak głupi jak Longbottom. Gdyffindor traci 5 punktów. Dzięki TOBIE.- rzekł z naciskiem, na ostatni wyraz. Oczywiście, jak to zawsze bywa, Neville skulił się niemal chowając pod stół. Ciężko działało na niego, jego nazwisko w ustach Snape'a.-Dobrze, a więc eliksir ten podaje się ludziom chorym na bezsenność, dzieciom, które nie mogą zasnąć...

-Widzieliście? Nawet nie dał mi powiedzieć co wiem o eliksirze! I jeszcze to ,,Hermiono, uważaj, żeby Ci ręka nie uschła''!- żąchnęła się dziewczyna.
-A ja? Skąd miałem wiedzieć, co będzie na dzisiejszej lekcji? Jak się miałem przygotować?- dopowiedział Harry.
-Ale to nie Ciebie podał, jako przykład największego głupka w klasie. Zawsze ja.- wyżalił się Longbottom.
-A do mnie się dziś nie przyczepił!- wykrzyknął uradowany Ron, który zdawał się podskakiwać ze szczęścia. Cała trójka zwróciła więc na niego swoje pełne goryczy spojrzenie.- Nie patrzcie tak na mnie! Czuję się onieśmielony.
-To po co się wychwalasz. Psujesz nastrój, oj psujesz!- skwitowała dziewczyna.
-Dobra idę zobaczyć co z moją Mimbletonią*! Kocham tę roślinę.- rzekł Neville, pomachał i odbiegł.

-Gdzie jesteśmy?- zapytała Noele.
- W pubie Pod Trzema Miotłami. No, opowiedz mi co się stało.- odrzekł Dumbledore.

***
No to w końcu jest. Specjalnie nazwałam rozdział ,,Siódmy i jedna druga'' bo tamten był krótki ;p Dobra, ja kończę bo muszę pouczyć się angielskiego, oraz zajrzeć na bloga malfoy-issue, krewnaszychprzodków, fred-hermione-draco i fanficki Fleur. Dobra! Idę czytać. Pa. ^.^
A! Jak zauważycie jakiś błąd, to mi mówcie, bo czytałam dziś moją poprzednią notkę i miałam bład ortograficzny ,,pomoRZecie''. Wstyd i hańba, już poprawiłam xd

* Mimbulus Mimbletonia- to roślina podobna do kaktusa, którą Neville dostał bodajże od wuja ^.^

29 listopada 2012

Rozdział siódmy.

Widzę ciemność. Powoli kształtują się jakieś postacie... Postacie? Ach. Sama nie wiem, może to rzeczy, może ludzie, a może zwierzęta. Nie wiem. Ał! Co to za ból? O matko, moja noga! Czemu ja mówię ,,o matko'', przecież ta wredna istota i tak mi nie pomoże. Nagle kontury stają się wyraźniejsze. Tak, to postać, kobieta dokładniej. O wilku mowa!
-Dzień dobry córciu.- rzekła kobieta.
-Dzień dobry.- odrzekła brązowowłosa dziewczynka.- Co robisz? 
-Przywiązuję cię.- rzeczywiście, Noele była właśnie przywiązywana grubymi pasami do łóżka. 
-Dlaczego?- zapytała z nutą przerażenia w głosie.
-Żebyś mi się nie wymknęła kochanie.- ,,Kochanie'', to takie przytulne słowo, a w ustach nieodpowiedniej osoby może brzmieć tak przerażająco. Jak to możliwe?Jeden wyraz, a zależy od formy wypowiedzenia go i czar miłości pryska.
-Mamo, ale gdzie mogłabym uciec?
-Nie wiem... Może, do umysłu?- nagle w gardle Noele pojawiła się wielka gulka. Skąd ona to wie- pomyślała. Nie rozumiała również jak pasy mogą jej uniemożliwić wejście do umysłu Hermiony. Przecież to stan ducha, nie ciała.
-Wiem, o czym myślisz. To stan ducha, masz rację, ale żebyś mogła się skupić, musisz się czuć odprężona, wolna! A taką nie jesteś!- zaśmiała się szyderczo blondwłosa kobieta, po czym wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
Dziewczynka splunęła za nią i rzekła:
-Nic nie możesz mi zrobić, ja nigdy nie byłam w tym domu odprężona, ani wolna!- rzeczywiście, jeżeli tylko w taki sposób te pasy miały jej zaszkodzić, to mogły być. Pomimo młodego wieku Noele już dawno opanowała sztukę ,,wyluzowania'' w każdej możliwej sytuacji. Zapominała o otaczającym ją świecie, zapominała o zaporach, o przeszkodach, o krzykach rodziców, o wszystkim. To pomagało jej uspokoić ducha.
-Ach, zapomniałabym!- drzwi się otworzyły, a nich znowu stanęła matka dziewczynki.- Na pasy jest rzucony pewien urok, który uniemożliwi Ci wejście do umysłu... Tak na wszelki wypadek.- znowu trzask drzwi.
Tak, to było wredne i perfidne. Ale czego można się spodziewać po ludziach katujących swoje dziecko? Na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że zostało to specjalnie tak zaplanowane. Na zasadzie: powiem jej coś; ona się ucieszy, że umie to zwalczyć, a ja tego nie wiem; dam jej się pouśmiechać, a po chwili zrujnuję całe jej szczęście.
Jednakże Noele nie należała do dzieci, które łatwo się poddają. Gdyby taka była, już dawno by zginęła. Zaczęła więc obmyślać nowy plan. Miliony skradzionych i przeczytanych książek z biblioteki ojca, miały pomóc w obmyślaniu ucieczki. Coś ją łączyło z Hermioną- kochały czytać.

Trzymałam książkę w ręku i nagle wszystko straciło sens. Po co ją trzymałam? Co ona miała zrobić, jak pomóc?
-Koniec.- rzekłam.
-Jak to koniec, co koniec!?- zapytała rozhisteryzowana Ginny.
-Koniec połączenia. Coś się musiało stać.
-Jakiego połączenia? Noele włada Twoim umysłem?
-Nie wiem.- powiedziałam, po czym próbowałam odłożyć książkę na swoje miejsce, w ciasne szeregi innych papierowych cudów. Jednakże wypadła mi z rąk, jak na zawołanie otwierając się na temacie ,,Umysł''.
Zaczęłam więc czytać pierwszy akapit mówiący ,,Osoby obdarzone specjalnymi zdolnościami, mogą lekko kierować czyimś umysłem. Piszę lekko, gdyż nie jest to zaklęcie typu Imperius- jest to po prostu dar, który może służyć wyłącznie dobru, lub być neutralnym. Nie można wpłynąć na kogoś negatywnie, nie można nim sterować. Trzeba również uświadomić tę osobę, że ma z nami duchowy kontakt. W przeciwnym wypadku dar zostanie zahamowany, a porozumienie się z ów osobą, niemożliwe.''.
-Czytaj!- szepnęłam i podsunęłam książkę Ginny pod nos, ukazując palcem dany fragment.

***

Chcę się od razu usprawiedliwić. Rozdział jest krótki, bo mam zamiar niedługo napisać następny. 
Powiem Wam, że czytam sobie rozdział szósty i myślę ,,nie jest tak źle! A nawet, dobrze''. Tak... To nieskromne, chociaż nie. Obiektywne. Smęciłam Wam, jak to brzydko wychodzą mi rozdziały etc. ale! Ale nie jest tak źle. Może być dużo, dużo, dużo lepiej, lecz nie łapię się za głowę i nie myślę ,,co ja piszę!''.  
Trzymajcie się c; Do zobaczenia!
No, pochwalę się Wam, że przeszłam kuratora z Polskiego! Ale był banalnie łatwy więc żadna filozofia pf....
A jutro test z angielskiego. Pomóżcie mi więc duchowo. Amen. 


24 października 2012

Rozdział szósty.

Spędziłam miły wieczór z Luną i bliźniakami. Blondynka o dziwo, nie była tak bardzo pogrążona w swoim świecie jak zawsze. Dość żywo z nami rozmawiała, oraz często wyrażała swoje zdanie na dany temat. Jak to George i Fred- musieli zrobić coś śmiesznego. Ale czy warto odtwarzać sobie w myślach, te tuziny żartów, które wykonali przez zaledwie dwie godziny? Wątpię...
Niestety, nastał już ranek. Poniedziałkowy ranek, a przypominanie sobie, co było wczoraj, nie pomoże mi w dzisiejszych lekcjach transmutacji z Puchonami, eliksirami ze Ślizgonami, oraz zielarstwa- znów z domem węża.
Dzień był pochmurny, natomiast ja z każdą następną minutą, oddalałam się myślami od zabawnych rzeczy, a patrząc na krople deszczu tłukące o okno, które znajduje się obok mojego łózka, co raz bardziej pogrążałam się w smutku. Może to po prostu taka chwila? Taki moment?
Nie wiedziałam co było powodem takiego humoru. Chyba po prostu wykorzystałam wczoraj wszystkie zapasy śmiechu. Patrzyłam teraz przez szybę myśląc, czemu ten świat jest czasem taki wspaniały, a czasem taki zły? Czemu ja przeżywam miłe chwile, a Noele w tym momencie cierpi? Czemu rozrywa ją ból, nieporównywalny do rozrywania na 100 kawałków, naszego ciała... Taka młoda istotka oszpecona psychicznie i fizycznie na cale swoje życie. Smutne, acz prawdziwe.
Zeszłam na dół do dormitorium i czekałam, aż ktoś jeszcze się tam pojawi.... Znowu deszcz i odgłos, który mu towarzyszy, gdy krople uderzają o coś twardego. Nagle pojawiła się koło mnie Ginny. Stwierdziłam, że opowiem jej o dziewczynce, która prawdopodobnie w tym momencie jest katowana. 
Gdy rudowłosa usłyszała już całą historię, przejęła się strasznie, jednak nie tak jak każdy. Jest ona bardzo wrażliwą osóbką, taką jakich mało, więc cierpienie innych ludzi, szczególnie takich którzy są bezbronni, a nie uczynili nic złego, bardzo ją porusza.
-Musimy ja uratować.- rzekła po krótkim czasie myślenia.
-Wiem to, ale jak?
-Może zdajmy się na instynkt! Skoro umiała się z Tobą porozumieć poprzez sen, to jest szansa, że sama, jeżeli tylko trochę pomyślisz, znajdziesz zakątek w swoim mózgu, który Cię do niej zaprowadzi, lub chociaż pomoże rozwiązać zagadkę.
Pogrążyłam się więc w swoim świecie i ,,przekopywałam'' wszystkie zakamarki mojej pamięci. Przypomniałam sobie ten sen... Nic. Przypomniałam jej twarz... Nic. Dźwięk jej głosu... Nic. Blizny na ciele... Nic. Przestałam więc wyobrażać sobie cokolwiek, pozwalając by stała przede mną po prostu ciemność.
-Wiem... Ginny! Ja coś wiem!
-Co?- zapytała z zaciekawieniem.
-Nie wiem, co wiem, ale coś wiem! Chodź za mną!- nogi jakby same wyniosły mnie z dormitorium. 

-Cześć George, słyszałem, że fajnie się wczoraj bawiłeś z Fredem, Hermioną i Luną.- zapytał Ron, bez nutki zazdrości, czy czegokolwiek złego w głosie, jak i w umyśle. Wręcz przeciwnie, na jego twarzy gościł uśmiech, jak gdyby miał dziś wyjątkowo dobry dzień.
- No tak, tak... Fajnie było, ale się skończyło. Dzisiaj nauka. O kurde... Gdzie moja miotła!?- mówił rudzielec, jakby sam do siebie, krzątając się po pokoju z zaniepokojeniem na twarzy.
-W rogu leży ślepy baranie.
-Dzięki bracie, zawsze można na Ciebie liczyć! Jesteś jak promień rozświetlający me życie, jak świstak zawijający sreberka, jak krowa dająca czekoladę, jak.. jak...
-Dobra, dobra rozumiem. Nie poradziłbyś sobie beze mnie, wiem!- powiedział Ronald, po czym obydwaj uśmiechnęli się do siebie. Takie zachowanie nie należało do normalnego, jeżeli chodzi o relacje między nimi. Owszem, kochali się- ale z drugiej strony, trochę musieli. No dobra... Robili to dobrowolnie, ale żeby to okazywać, choćby przez uśmiech? Niee... Za dużo wysiłku. 
-Okej, idę na zajęcia z profesor Sprout.-rzekł George.
-Tak, tak... Cześć. A gdzie jest Fred?
-Nie wiem, pewnie z jakimiś dziewczynami, albo z Lee.- krzyknął wychodząc z dormitorium.
-Aha...

-Słuchaj, czego tak właściwie szukamy?- zapytała mnie Ginny.
-Nie wiem.-odrzekłam przemierzając wzrokiem wszystkie książki na półkach.
-Słyszałam, że przeszłaś się wczoraj z Georg'em...
-Tak. Do czego dążysz?
-Jak było, chciałam zapytać tylko...- rzekła wyraźnie zmieszana.
-Było okej.
-Aha...
-Nie musisz owijać w bawełnę, powiedź po prostu o co chodzi.- mówiłam już trochę zirytowanym głosem.
-Zakochałaś się w George'u?- wymówiła na jednym tchu. Tego się nie spodziewałam. Rzeczywiście ciężko było to powiedzieć prosto z mostu, ale w konsekwencji te słowa łatwo przeszło mojej przyjaciółce przez gardło. Jednakże znałam odpowiedź.
-Nie.- odrzekłam szczerze, dalej przemierzając wzrokiem półki. Po jakichś 15 minutach jednak coś znalazłam.
-Mam!- krzyknęłam czytając tytuł księgi... Na deszczu łza.

***

Jestem niestety nieusatysfakcjonowana rezultatami mojej pracy nad rozdziałami. Nie wiem co się dzieje. Mam nadzieję, że Was nie zanudzam, a i w wkrótce sama będę zadowolona z mojej pracy. 
Rozdział dedykuję Camille Blue, ponieważ jej blog, jest jednym z grupki blogów które, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Jest to grupka, której styl pisania uwielbiam. Po prostu czytając ich opowiadania, to... raj dla oczu!
Dedykuje go również Freddie, która udzieliła mi parę cennych rad. Na pewno je wykorzystam. Czytam też na bieżąco Twojego bloga. Masz na prawdę wielu czytelników, więc miło, że zdecydowałaś się zajrzeć właśnie do mnie, oraz, że opowiadanie Cię zaciekawiło.
Dziękuje jeszcze raz.(Ich blogi znajdziecie w ,,Linki''.) :)

12 października 2012

Rozdział piąty.

Gryfonka opowiedziała przyjaciołom o swoim śnie. Oczywiście obydwoje byli bardzo zaskoczeni, a co jeszcze ważniejsze-ciekawi! Gdy dziewczyna skończyła opowiadać, wiele pytań skłoniło ją do ponownej opowieści. Jednakże gdy sytuacja powtórzyła się trzy razy, zbuntowała się i rzekła:
-Nie będę Wam o tym więcej mówić! Trzeba było słuchać, a nie!

-Słyszałeś? Z Hermioną już wszystko w porządku, najlepszym.-powiedział George wchodząc do dormitorium, w którym powinien znajdować się jego brat. Niestety nie znalazł tam rudzielca. Zszedł więc do pokoju wspólnego Gryfonów, gdzie zastał Hermionę.
-Co tu robisz sama?-zapytał lekko zaskoczony. Dosłownie minutę temu chciał o niej rozmawiać. Jestem jakiś nadprzyrodzony! Pomijając fakt, że jestem czarodziejem... pomyślał dumny z siebie bliźniak.
-Tak sobie siedzę, patrzę w ogień. Dobrowolnie.-dziewczyna wyraźnie położyła nacisk na ostatni wyraz, jakby chciała, żeby chłopak zapytał o co chodzi.
-Tak, wiem, wiem. Chciałem Ci nawet pomóc, ale Dumbledore powiedział, że musisz sobie sama dać radę.
-Poszedłeś z tym do dyrektora?
-Szukałem z Fredem w księgach, ale... Nie mam daru książkowego, jak Ty.
-Miło, dzięki.-rzekła dziewczyna rzucając się koledze na szyję.
-Odejdź kobieto, bo mi popsujesz reputację zimnego chłopaka, zdolnego tylko do robienia żartów.-powiedział uśmiechając się szarmancko, a uroku dodały też iskierki, które szalały w jego oczach.
-Ooo.. To niedobrze!-rzekła z udawanym smutkiem, rozczochrawszy mu włosy.
-Idę stąd!
-Idę stąd z Tobą!-zażartowała Hermiona i nie wiedzieć czemu, bo przecież nie było to śmieszne, wyszli z pokoju wspólnego z uśmiechami na twarzy.
Przechadzali się po szkole, a George, który miał w zanadrzu znaleźć brata, po paru minutach kompletnie o tym zapomniał. Na dworze nie było już zbyt ciepło i nawet sowy, które nie zdecydowały się wlecieć do sowiarnii, siedziały na drzewach otulone własnymi skrzydełkami, jak gdyby wiedziały, że to ostatnie tchnienia lata. Dochodząc do jeziora, rudzielec rzekł:
-Accio śpiwór.-Po czym to samo uczyniła Hermiona. Następnie usiedli nad brzegiem, każdy w swoim śpiworze. Brakowało jeszcze namiotu, a byłby to biwak z krwi i kości.
Po długich rozmowach, temat znowu zszedł na ostatnie dni, kiedy to szatynka była pod czyimś władaniem. W końcu dziewczyna opowiedziała przyjacielowi o swoich snach i rzekomej Noele, którą tak bardzo się przejęła.
-Ja... Ja widziałam, jakie ona ma... Ma...
-Spokojnie, nie musisz mi o tym opowiadać, jeśli nie chcesz.-rzekł George spokojnym głosem, zbyt spokojnym jak na niego.
-Nie, nie o to chodzi. Ale wiesz... To dziecko! Małe, słodkie dziecko... A, a... Była cała, dosłownie, cała! W bliznach...
-Uuu... Wyobrażam sobie, że był to straszny widok.
-Był...-Dziewczynie bardzo dobrze się z nim rozmawiało. Nie sądziła, że w takim dowcipnisiu może znaleźć tak mocne, przyjacielskie wsparcie. Trzeba mu przyznać, że słuchał doskonale. Nie wcinał się, nie zadawał zbędnych pytań, lecz kiwnął czasem głową, lub mruknął coś, pokazując, że dalej interesuje go to, co mówi przyjaciółka. Miło ją to zdziwiło.-Co to?-zapytała nagle Hermiona.
-Co?-,,odpowiedział pytaniem'' zaciekawiony rudzielec. Jednakże po chwili i on usłyszał czyjeś kroki oraz śmiechy. Zdecydowanie były to głosy kobiety i mężczyzny.
-Fred!?-rzekł zdziwiony bliźniak, widząc swojego brata.
-Hej George. Witaj Miona.-przywitał się drugi.
-Cześć.-rzekła zdezorientowana szatynka.
-Oo... Witajcie.-powiedziała marzycielskim głosem towarzyszka Freda.

***

I'm done! Akurat jakoś mnie tak natchnęło przed chwilą, więc usiadłam i zaczęłam pisać. Amatorszczyzna, tak wiem, ale uwierzcie, z czasem będzie lepiej. Mam nadzieję...
Chciałabym go zadedykować Jennifer Riddle, która jest póki co jedyną stałą, komentującą i pokazującą swoją obecność czytelniczką. Przy okazji, bardzo lubię czytać jej bloga, więc sądzę, że nie zostaje dłużna, jeśli chodzi o odwiedziny. ^.^ Dziękuję ^.^

26 września 2012

Rozdział czwarty.

-Wtedy tak sobie płynęłam mamo, wiesz? I tam była taka pani, piękna! Miała długie brązowe włosy i ciemne oczy. Ona stała po drugiej stronie brzegu, wiesz? Tak jakby na mnie czekała i skinęła głową w moim kierunku! To było takie wspaniałe! Czemu Ty jej nie widziałaś?- mówiła podnieconym głosem dziewczynka.
-Noele, przestań opowiadać bzdury. Mam Cię dość!
-Ale mamo...
-Siedź cicho.-rzekła ostrym głosem blondwłosa, wysoka kobieta, o bardzo wyrazistych rysach twarzy.
-Ona... Ta pani... Chyba, mówiła, że Wy jesteście źli...- powiedziała szeptem Noele.
-My nie jesteśmy źli! To ona jest zła, jeśli tak mówiła!
Rozmowa ucichła, za to słychać było donośny płacz, gdy blondynka linczowała swoje dziecko zaklęciem Cruciatus. Z czasem jednak i on był coraz słabszy gdyż najwidoczniej dziewczynka musiała zemdleć. 
Gdy już się obudziła, była sama w pokoju. Powoli wstała rozglądając się, jakby chciała być pewna, że nikogo ani niczego nie ma obok niej. Podeszła na palcach do lustra i ujrzała ledwo stojącą, wyglądającą bardzo słabo ośmiolatkę. Jej długie brązowe włosy, czarne wręcz oczy, oraz długie ciemne rzęsy były podobne do tej pani z opowieści. Gdy się obróciła ujrzała na ramionach ślady zaschniętej krwi. To samo było na plecach. Znowu spojrzała na swoją twarz. Była bardzo ładną dziewczynką, tylko wychudzoną i zaniedbaną. Zerknęła ponownie na swoje oczy, w których błąkały się ostatnie iskierki radości. Chyba tu umrę-pomyślała.
-Wiem, że mnie słyszysz Hermiono.- przemówiła nagle.- Nie możesz do mnie nic powiedzieć, bo nie ma Cię ze mną ciałem. Uwolnię Cię od Imperius'a, ale obiecaj, że ty również mnie uwolnisz. Z tego domu. Proszę, jak najszybciej! Nie pozwól sobie zapomnieć o tym, co zobaczyłaś, bo to nie była fikcja! To się działo naprawdę! Pomóż mi... To Ty stałaś po drugiej stronie brzegu! Musisz mi pomóc...

Hermiona obudziła się. Pierwszą rzeczą, którą od razu poczuła była wolność. Mogła mówić co chciała, robić co chciała, krzyczeć! Nie było już przeszkód, nie było nakazów. 
Chwila radości jednak szybko przekształciła się w ciekawość, a także współczucie. Jak mam Cię znaleźć? No jak!?-pomyślała rozpaczliwie. Uświadomiła sobie, że sama nic nie zdziała. Musiała najpierw pogodzić się z przyjaciółmi. Zbiegła więc do pokoju wspólnego Gryfonów gdzie na jednej z kanap siedział Ron z Harrym. 
-Cześć.-powiedziała.
-Cześć.-odrzekli naburmuszonym tonem.-Już chcesz z nami gadać? 
-Akurat tak się składa, że byłam pod władaniem zaklęcia Imperius. Jeżeli macie mi tu pokazywać, jak bardzo jesteście poszkodowani, to sobie darujcie. Albo jest okej, albo nie jest. Nie mam Was za co przepraszać!
-No nie wiem, chyba jednak masz!-powiedział Harry.
-Oho. Pamiętasz, jak nam wygarnąłeś, że osiągnąłeś więcej, niż ja i Ron razem wzięci? To dopiero było wredne i, o dziwo mówiłeś to świadomie, i... dobrowolnie. A przeprosin również nie usłyszałam. Wiesz co Harry, czasami też źle się zachowujesz, to nie moja wina, że jesteś Tym-Który-Ocalał. Jednakże nie masz prawa uważać się za lepszego.-rzekła spokojnym tonem Hermiona, choć w środku wzbierała się w niej złość.
-No dobra, przepraszam, rzeczywiście...-rzekł Harry po chwili. Z jego twarzy zniknęła pewna siebie mina, a pojawił się lekki wstyd.
-No. Więc jest dobrze, tak?- zapytała szatynka.
-Tak.-powiedzieli oboje. Twarz Rona wyglądała na rozpogodzoną od czasu, gdy usłyszał czemu Hermiona była taka niemiła. Uśmiechnął się wiec szeroko gdy przyjaciółka znów przemówiła:
-Potrzebuję Waszej pomocy. Miałam taki sen...

***
Teraz pisany rozdział. Nie działo się za wiele, przepraszam. To chyba z racji mojego niewyspania. Postaram się, żebyście mieli co czytać. Mam nadzieję, że choć trochę zaciekawiła Was Noele. Paa! :D



06 września 2012

Rozdział trzeci.

-Nie wiem co się z nią stało, w każdym razie naprawdę, Harry, zrobiło mi się bardzo niemiło.-żalił się Ron.
-Jakby mi tak powiedziała, czułbym to samo. To do niej niepodobne, nigdy nie była taka. Może być na nas zła, choć w sumie niezbyt wiem za co, ale, żeby aż tak?
Przyjaciele nie wiedzieli, że ktoś przysłuchuje się ich rozmowie. Po pierwsze, nie zauważyli Fred'a i George'a w pokoju wspólnym Gryffonów, a po drugie, nawet gdyby ich widzieli, nie zwróciliby na nich szczególnej uwagi.
-Freddie, musimy coś z tym zrobić.- rzekł George i wyszli.
Minęły już dwa dni odkąd Hermioną władało zaklęcie Imperius. W końcu widać było, że lato odchodzi, a słońce chowa swoje promienie. Ptaki przestały już tak natarczywie śpiewać pod oknami, a gdy człowiek rano się budził, przebiegał go dreszcz zimna. Każdy oprócz Hermiony tak miał. A może po prostu tego nie czuła? Może czuł to tylko intruz? A może, to chłód w jej sercu i ból w umyśle, tak tuszował ów chłód, który muskał jej skórę? 
Szatynka czuła się coraz bardziej wykończona. Jej umysł, prawdziwy umysł, już nie miał siły opierać się tej osobie, która stała nad nim. Częściej pochłaniała ją teraz otchłań jeziora i częściej widziała wyławiane z wody koło. 

-Nie wiem, nie jestem dobry w szukaniu George.-powiedział bliźniak.-Wiesz, że często coś gubię, a potem... Przepadło! Jak kamień w wodę, nie? Po prostu nie umiem szukać.-mówił zrezygnowany.
-Cicho bądź Fred. Ja też na ogół nie szukam, a już na pewno nie w książkach, ale musimy. Dla mnie to też wielkie poświęcenie.
-Dlaczego po prostu nie powiemy Harry'emu i Ronowi? To ich przyjaciółka, niech coś w końcu dla niej zrobią!
-A nasza nie? Daj spokój i zacznij przeglądać te księgi!
-Podoba Ci się.-rzekł z uśmiechem Fred, po czym zaczął robić głupie miny i naśladować bicie serca.
-Na pewno. Nie dość, że młoda, to jeszcze się wymądrza, Daj spokój.-powiedział drugi bliźniak, bez zawahania. Nic nie wskazywało na to, by kłamał. Na jego twarz nie wypełzł rumieniec, a w oczach jak zwykle skakały radosne iskierki, ale to nie były iskierki miłości. Po prostu- iskierki George'a.
- No w sumie racja, poza tym, chyba byś mnie nie okłamał, co?-mówił z kpiącym uśmieszkiem Fred.
-To oczywiste, że nie, poza tym, czemu miałbym to zrobić? Ty mi powiedziałeś, kto Ci się podoba, więc ja bym też powiedział.
-Ciicho! Jesteśmy w bibliotece. Jeszcze ktoś usłyszy, że jest dziewczyna... która, no...-ściszył głos-mi się podoba, to wiesz...-wrócił do normalnego tonu- od razu będą pytać ,,Kto jest twoją wybranką, wielki Fredzie'', albo ,,Och, złamałeś mi serce! Fred!''. Zależy od płci. Rozumiesz, wieczne oblężenie...- po czym obydwaj zaczęli się śmiać.
Późnym wieczorem, gdy po całym dniu spędzonym w bibliotece, bliźniacy nie znaleźli nic co mogłoby im pomóc, postanowili udać się do Dumbledore'a.
-Pani McGonagall...-zaczepił ją Fred.-Mamy bardzo ważną sprawę i musimy porozmawiać z dyrektorem..
-Jeżeli to jakieś żarty, Weasley...
-Nie, to nie żarty.-przerwał jej George.-Naprawdę ważna sprawa.
-Jeśli zrobicie coś nagannego, Gryffindor straci przez was 50 punktów. Ale zaufam Wam, znajcie moje dobre serce. Chodźmy.-rzekła i zaczęła prowadzić ich do odpowiedniej części zamku. Gdy w końcu dotarli do sali Dubmledore'a, opiekunka Gryffonów opuściła ich i wróciła skąd przyszła.
-O co chodzi chłopcy?-rzekł ze stoickim spokojem dyrektor. Jego oczy jak zwykle emanowały ciepłem i sprawiały wrażenie jakby widziały i znały wszystkie tajemnice tego świata.
-Podejrzewamy, że Hermiona jest pod wpływem zaklęcia Imperius.-powiedział szybko Fred, jakby chciał mieć tę rozmowę już za sobą.
-Ech... Tego się właśnie spodziewałem.-wydobyło się z ust starca. Brzmiało to tak jakby zawiódł się na swojej racji, jakby nie chciał jej mieć.
-Jak to?
-Hermiona szukała ostatnio księgi z bardzo dziwnym zaklęciem, do tego w ogóle nie widuję jej z Harrym i Ronem. Słyszałem też jak się kłócą. Jestem w wielu miejscach, wy po prostu tego nie wiecie.-uśmiechnął się delikatnie.
-To... Co mamy z tym zrobić?- zapytał George.
-Nic. Sama musi sobie z nim poradzić. To zdolna dziewczyna, da radę. Póki co  nie widzę sensu w interwencji.

-Nie płyn tam, nie płyn tam!- krzyczał męski głos.
-Nie, zobacz tam jest koło. Koło ratunkowe, tato!- mówił śmiejąc się dziecięcy głos.
-Noele, masz tam nie wypływać, to za głęboko.- rzekł spokojnie kobiecy alt.
-Maaammooo!!!- znów błagalny głosik dziecka.-Prooooszę!
-Nie, nie dopłyniesz tam. Wracaj natychmiast.- powiedziała matka. Potem zabrzmiał tylko dziecięcy płacz. Można było wyłapać czasami zawzięty głos szepczący ,,Dopłynę, dopłynę.. Kiedyś tam dopłynę!''.
Hermiona obudziła się.
-Dopłynę.- rzekła.
***

Przepraszam, mało ciekawie. Napisałam to teraz, na szybko. Trochę to banalne. I tak wiadomo, że Hermiona wyzwoli się z zaklęcia Imperius. Jednakże, już mam zarysy następnych rozdziałów i postaram się Was zaskoczyć, żeby nie było czegoś a la ,,Hermionka przezwycięży zaklęcie, będzie wolna, wszystko będzie pięknie, ładnie i wspaniale''. Nie... To nie jakaś durna telenowela. :) Trzymajcie kciuki za pomysł, żebym go dobrze ukierunkowała. A! I przepraszam za błędy z poprzednich rozdziałów, wiem, beznadziejnie się coś takiego czyta. Już jutro postaram się je wyeliminować :).

21 sierpnia 2012

Rozdział drugi.

Nazajutrz rano Hermiona znowu udała się do biblioteki. Była sobota, więc wymknęła się o ósmej, żeby przypadkiem nie wpaść na Rona lub Harry'ego. Dzień, tak samo jak wczorajszy, był bardzo słoneczny. Pomimo tego, że była już prawie połowa września, za oknami było wciąż kolorowo i czuć było ciepło lata, które już niestety powoli odchodziło.
Szatynka szukała składników eliksiru, który by na 24 godziny uniemożliwił działanie innemu eliksirowi, zwanemu veritaserum. Byłoby to bardzo wygodne dla śmierciożerców, aby na przykład Ministerstwo Magii nie mogło wydusić z nich prawdy. Słudzy(sługi?) Voldemorta nakłamaliby urzędnikom w żywe oczy. Tym sposobem łatwo byłoby wmówić im, że nie są po stronie Sami-Wiecie-Kogo i mogliby spokojnie węszyć. Tego właśnie szukała Hermiona. Podobnież książka, która może składniki ów eliksiru zawierać znajduje się właśnie w Hogwarcie.
-Po co mi to?-pomyślała nagle odzyskując swoją buntowniczą i dociekliwą naturę, po czym natychmiast przestała szukać.
-Musisz szukać, to jest twoje zadanie, ty chcesz to znaleźć.-odpowiedział jej lodowaty głos w jej głowie.
-Nie, nie chcę! Niepotrzebne mi to!-upierała się w myślach.
-Chcesz!- warknął jeszcze zimniej i groźniej jej rozmówca. Chłód jego głosu przeszył ciało dziewczyny, aż dreszcze dotarły do palców u rąk. Tam ustały. Spojrzała na ręce, jakby spodziewając się, że tym miejscem uleci z niej intruz panujący nad jej ciałem.
Wbrew swojej woli wróciła do szukania książki, która wskazywałaby, ze może zawierać potrzebne informacje. W końcu zobaczyła okładkę Stare, bardzo użyteczne i zapomniane eliksiry, po czym od razu usiadła z księgą przy jednym ze stolików i zaczęła ją oglądać.
Nie tylko eliksiry w niej wyglądały na stare, lecz sama książka również. Wyglądała na taką, którą to trzymało wiele rąk, na którą patrzyło wiele osób. Różniła się trochę od swoich koleżanek na półkach. Nie dość, że jej już mocno wyblakłe strony, były popisane, to na końcu książki odręcznym pismem przeczytała ,,Witaj śmierciożerco''. Po chwili napis ten zniknął, jakby pokazywał się tylko wybrańcom, czyli min. temu kto zagościł w jej ciele i psychice.
Nagle do biblioteki wszedł Ron.
-Co za natarczywy bachor. -odezwał się właściciel tego przeszywającego chłodem głosu.
-Wcale nie...-pomyślała Hermiona, tak szybko, jakby chciała by te słowa nie dobiegły do jego uszu.
Przyjaciel szedł ku niej szybkim tempem. Wyglądał na takiego, który nie może dłużej zwlekać. Wydawało się, że ma jej coś bardzo ważnego do powiedzenia, lecz on oznajmił tylko:
-Hermiono, mam tego dosyć. Przestań! Po prostu przestać, już być taka. Przepraszam, za wszytko. Ja i Harry! Jeżeli naprawdę tak wiele było sytuacji, powodujących ból w twoim... ee... sercu. Tak, sercu... To przepraszamy.-rzekł rudzielec. Miał podkrążone oczy i wyglądał jakby całą noc spędził na wymyślaniu tej przemowy.
-Zostaw mnie. Nienawidzę was. Ciebie i Harry'ego. Chcę, żebyście odeszli, ty plugawy biedaku. Zrozumiałeś?-powiedział za nią lodowaty głos, lecz słowa wyszły z jej ust.
-Jak możesz...-wyszeptał chłopak, którego najwyraźniej zatkało. Stał chwilę patrząc na przyjaciółkę nieobecnym wzrokiem. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi, wiedział, że może być zła i tę złość okazywać. Ale nie mógł uwierzyć, że to Hermiona, którą przecież dobrze znał. Ona nie powiedziałaby czegoś takiego, myślał, chyba...
-Nie, Ron, przepraszam to nie ja, to Imperius!-powiedziała cicho i szybko, bo tylko tak jej się udało. Niestety przyjaciel zdążył już wyjść, a dziewczyna od razu poczuła ból, podobny do wczorajszego, tylko jeszcze mocniejszy. Ktoś ją kiereszował. Nożem, biczem, wszystkim czym się dało. Jednak ślady nie pojawiały się na ciele.
-Ty nędzna szlamo!- wysyczał intruz, po czym następna fala uderzeń dotknęła ją tak mocno, jak sztorm na morzu, który chce zwalić bezbronnych ludzi z łodzi, którą wypłynęli na wspaniały rejs. 
Łzy naszły jej do oczu, a usta wykrzywiły się znacząco. Cała jej twarz tworzyła przerażający obraz bezlitosnego zachowania jej znachora, który nie zastanawiając się, dalej zadawał jej krzywdę. Chciała krzyknąć, poprosić go, błagać by przestał. Ale nie mogła.
Dziewczyna pomyślała, że znów bezmyślnie i niepotrzebnie naraziła się na ból. Gdy ów osoba zaprzestała ją kiereszować, jakby chciała się przyjrzeć swojemu dziełu, z którego najwidoczniej była zadowolona, Hermiona kompletnie straciła kontrolę nad własnym umysłem. Opadła z sił, znowu. Znowu zanurzała się w tą otchłań, w tą wodną otchłań, która zaczęła ją tak przerażać. Najgorsza była myśl, że może już z niej nie wypłynąć. Znów intruz był zwycięzcą.
-George, czy zaklęcie Imperius, nie służy przypadkiem do przejmowania tej no... kontroli nad kimś innymi?-zapytał Fred, który wraz z bratem czaił się za półkami, oglądając całe zdarzenie.
-Taak, chyba tak. Pamiętasz? Mówił nam o tym..y...no ten Crouch junior, jak był Moodym.
-Nie dobrze...Hermioną ktoś włada. Tak się mówi, prawda, że ktoś kimś włada?-rzekł zamyślony rudzielec jakby nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
-Nie wiem Freddie, ale wsłuchaj się... Burczy mi w brzuchu... Nie mogę myśleć będąc głodnym.-jęknął George gładząc się po brzuchu.
-Do kuchni! A potem od razu na ratunek Hermionie, wiadomo.-powiedzieli obaj i z uśmiechem na ustach wyszli z biblioteki.

***
A więc skończyłam drugi rozdział. Byłabym Wam bardzo wdzięczna, gdybyście pozostawili po sobie komentarz, gdyż widzę, że ktoś mnie odwiedza, a komentarzy nie ma. Bardzo chciałabym przeczytać Wasze zdanie, na temat opowiadania. Czy Wam się podoba, czy gdzieś popełniam błędy, czy o czymś inaczej pisać  i tym podobne. Naprawdę byłabym wdzięczna, za jakąkolwiek oznakę, że czytacie i warto pisać, oprócz statystyk.